Kategorie: Wszystkie | Autor | Gry | Książki | Seriale/Filmy | Wydarzenia
RSS
sobota, 05 kwietnia 2014

Gra o tron

Naprawdę nie rozumiem fenomenu "Gry o tron". Moim zdaniem jest to serial (bo o serialu tutaj mowa, książek nie czytałem i po próbie przeczytania pierwszego tomu raczej nie zamierzam...) zdecydowanie przereklamowany, do granicy absurdu. Tuż przed premierą kolejnego sezonu, która już niedługo, można z daleka wyczuć narastającą ekscytację fanów i mediów. Co ciekawe, nie tylko mediów branżowych, ale także mainstreamowych. Zupełnie nie pojmuję, co jest tak urzekającego w serialu, w którym nie ma postaci, którym by można kibicować. Owszem, byli fani Neda Starka, byli wielbiciele jego syna, są także zwolennicy Danny.

Tylko, że w świecie wykreowanym przez GRRM takie kibicowanie nie ma w ogóle sensu. Dwóch pierwszych przeze mnie wymienionych już nie żyje, a w wątku Daenerys nie dzieje się w zasadzie nic. Współczuję fanom jej postaci, skoro dostaje ona jakieś 20 sekund na odcinek. Gdyby to jeszcze były wyjątki! Nie wiem, dlaczego ludzie tak reklamują znak firmowy Martina polegający na uśmiercaniu postaci w najmniej oczekiwanym momencie. Po pierwsze, kiedy ginie po kolei kilka ważnych postaci, to te śmierci nie są już wcale nieoczekiwane. Po drugie, nie ma chyba nic bardziej żenującego, niż kolejna postać, która ogłasza buńczucznym tonem, kogo to ona nie zniszczy, czego to nie podbije, by potem umrzeć na sraczkę w odcinku później. Wszelkie deklaracje, przygotowania do wojny, itd. pozostają całkowicie bez konsekwencji.

To mordowanie postaci miałoby jedną zaletę - eliminację zbędnych i nużących się wątków, gdyby nie to, że Martin na ich miejsce zwykle wciska 10 kolejnych. Które obchodzą mnie jeszcze mniej, bo mniej o nich wiem i każda z nich i tak jest na ekranie mniej, niż cycki Ros w pierwszym sezonie. 

Gra o tron jest także jednym z najdroższych seriali w historii telewizji. Szkoda, że znowu tego nie widać. Pojedynki na miecze wyglądają jak walka anemików o kawałek wątróbki, bitwy wyglądają słabiej niż rekonstrukcje zorganizowane przez studentów na dni kultury.

Po co śledzić ten serial? Naprawdę nie rozumiem, przecież są znacznie lepsze alternatywy, które polecam wszystkim, którzy chcą oglądać bohaterów ginących na polu bitwy, a nie na kiblu:

Vikings

Vikings

Vikings od History Channel to serial ze wszech miar lepszy od Gry o tron. Po pierwsze mamy tutaj kilka naprawdę ciekawych postaci, którym warto kibicować i których losy śledzi się z wypiekami na twarzy. Legendarny Ragnar Lodbrok, syn Bjorn, żona Lagertha, jego kompan Floki i jeszcze kilka charakterów to naprawdę zróżnicowana kompania, w której każdy znajdzie swojego faworyta. Zachwyca przede wszystkim aktor wcielający się w postać Ragnara, którego lekki "świr" wywołuje banana na twarzy w każdej scenie. Ci, którzy wolą większy odjazd, mają Flokiego, który zachowuje się tak, jakby był ziemską inkarnacją samego boga Lokiego. Lagertha powinna przypaśc do gustu kobietom, którym zbrzydł już widok kurtyzan z Gry o tron oraz nijakiej Danny i chcą zobaczyc kobietę, która kopie tyłki, kiedy trzeba.

Kolejną ważną zaletą tego serialu (jak dla mnie) jest oparcie go w realiach historycznych. Oczywiście bez przekłamań się tu nie obejdzie, ale w Vikings postaci zachowują się zbliżenie do tych, które żyły w tamtym okresie. W przeciwieństwie do Gry o tron, gdzie mamy osoby, które zachowują się jak współcześni ludzie, wciśnięci w średniowieczne zamki. (choć raczej namioty, bo i na zamki budżetu nie starcza). Mnóstwo w Wikingach jest scen obrazujących obyczaje i realia życia z tamtego okresu.

Nie brakuje też scen akcji. Ze względu na znacznie mniejszy budżet niż w Grze o Tron nie należy się jednak spodziewac zbyt wielu pożarów czy wielkich bitew, ale paradoksalnie potyczek i tak jest znacznie więcej, niż w serialu opartym o książki GRRM. W końcu mowa o ludzie, dla którego przelewanie krwi to niemal codzienność. Bitwy nie są w tym serialu tylko smaczkiem, większość ma istotne znaczenie dla fabuły i poważne konsekwencje.

Jeżeli ten opis was nie zachęcił, to mam jeszcze jedną propozycję na dziś:

Spartacus - Blood and sand

Spartacus (różne sezony)

Ten serial początkowo można mylnie odebrać. Ja sam miałem z nim problem. Można odnieść wrażenie, że ten serial jeszcze bardziej do serca wziął sobie złotą zasadę HBO cycki i flaki. Po części tak jest, ale kiedy przyjąć to jako częśc pewnej konwencji, to może być to źródło czasem niezamierzonego humoru.

Spartacus: Krew i piach to pierwszy sezon historii o rzymskich gladiatorach i ostatecznie o powstaniu niewolników. Całość utrzymana jest w stylistyce podobnej do kinowego filmu 300 (w Polsce - 300 Spartan). Fontanny komiksowo wyglądającej krwi, akrobatyczne popisy, rzucający się w oczy green screen - nie każdemu to przypadnie do gustu. Mnie kupiło w całości. Ogląda się to jak czystą rozrywkę - gladiatorzy sprawiają wrażenie bogów wojny w ludzkich wcieleniach a starcia są ucztą dla oczu. Twórcy Gry o tron mogliby się uczyć od Spartacusa jak należy przedstawiać starcia większych armii - mimo ułamka budżetu, jakim dysponowało Starz, udało się pokazać je znacznie bardziej epicko niż w serialu HBO. Zwłaszcza finałowa bitwa z ostatniego sezonu powoduje opad szczeny.

Spratacus to także popis świetnej gry aktorskiej. Niestety, aktor grający główną rolę zmarł przed zakończeniem całej historii, ale jego nastepca po pewnym czasie także daje radę, by w finałowym sezonie całkowicie rozkwitnąć.

Polecam serial wszystkim miłośnikom czystej rozrywki, niebojącej się golizny (zarówno damskiej jak i męskiej), oczekujących soczystej akcji i barwnych bohaterów. Ja oglądałem razem z dziewczyną i ona też z czasem się przekonała. I też oglądała to znacznie chętniej, niż Grę o tron.

środa, 26 marca 2014

Dziewczyny Atomowe

Tekst z okładki kłamie. Dziewczyny atomowe to nie jest historia kobiet. To znaczy jest, ale niezupełnie.

Dziewczyny atomowe to przede wszystkim historia powstania pierwszej bomby atomowej i ogromnego przedsięwzięcia, które pochłonęło 2 miliardy dolarów (nie chcę wiedzieć ile to będzie po uwzględnieniu inflacji...).

Przemierzając karty tej pozycji czytelnik poznaje losy wielu kobiet zaangażowanych w przebieg Projektu. Wywodzą się one z różnych rodzin, miejscowości, mają różne wykształcenie i marzenia, ale koniec końców ich historie są bardzo podobne. Na tyle podobne, że momentami człowiek ma wrażenie, że czyta już któryś raz to samo, tylko imiona się zmieniają. Rozumiem, że to książka oparta na prawdizwych historiach, trudno więc o jakieś niesamowite biografie, ale mimo wszystko trochę to kłuje w oczy.

Znacznie ciekawsze są rozdziały i sekcje poświecone samemu Projektowi Manhattan. Dziewczyny atomowe to bowiem pozycja dość unikatowa - rozdziały beletrystyczne przeplatane są z literaturą faktu i to w tych momentach "powieść" błyszczy najbardziej. Bardzo szczegółowa relacja, wprost napakowana detalami, fragmentami rozkazów, tekstów z gazet, plakatów propagandowych wywołują zachwyt i zaciekawienie. Sam opis kompleksu, jego powstawania, budowy a potem funkcjonowania i rozrastania się okazuje się być bowiem znacznie ciekawszy niż obyczajowe scenki z życia wielu kobiet zatrudnionych w kompleksie.

Ich życia nie były nudne - co to to nie. Warunki funkcjonowania w Oak Ridge daleko odbiegają od normalności - ciągłe kontrole, tajniacy, wysoka dyscyplina, itp. mają wielki wpływ na kondycję fizyczną i psychiczną bohaterek. Mimo to, te bohaterki nigdy nie stają się czytelnikowi bliskie - jako osobowości są po prostu mało ciekawe i przeciętne.

Czytelnikowi jest dane śledzić cały proces powstawania Gadżetu (bomby atomowej) od początku aż do zbombardowania Hiroszimy i Nagasaki. Im bliżej sierpnia 1945 roku, tym napięcie wzrasta. A rozdziały, które opisują wydarzenia zaledwie sprzed dni i godzin od zniszczenia japońskich miast trzymają w napięciu jak porządny thriller. Emocje bohaterek udzielają się czytającemu i trudno oderwać się od lektury.

Pewien zgrzyt pojawia się jednak także w tym miejscu. Ciężko czyta się akapity, które mają miejsce tuż po zdetonowaniu pierwszej bomby, bo nie jest łatwo zrozumieć euforii, radości i wszechobecnego zadowolenia związanego z posłaniem do piachu setek tysięcy ludzi. Oczywiście, pracujący w CEW ludzie cieszyli się, że wojna niedługo się skończy, ale przecież od momentu zrzutu ładunków wiedzieli doskonale, co jest efektem ich kilkuletniej pracy. Autorka jednak nie stara się wybielać historii i podaje fakty, takimi, jakimi były. Dlaczego zdecydowano się zbomdardować Japonię, jakie były stanowiska naukowców na ten temat, a nawet opisano eksperymenty na ludziach związane z wstrzykiwaniem polonu niczego nie spodziewającym się tego pacjentom.

Dziewczyny atomowe warto poznać. Nie ze względu na losy samych kobiet uwikłanych w najwieksze przedsięwzięcie przemysłowe w historii II wojny światowej, a właśnie ze względu na historię powstania najgroźniejszej broni, jaka wtedy powstała.

Ocena: 8/10

Plusy:
+
bogata, udokumentowana część historyczna
+ napisana przystępnym językiem, zrozumiała dla laika
+ nie wybiela historii

Minusy:
- "dziewczyny" wcale nie są w tej historii najważniejsze 

poniedziałek, 17 marca 2014

Marcin Hybel - Awantura na moście

Awantura na moście nie jest dziełem wybitnym. Nie jest nawet dziełem szczególnie dobrym. A jednak mimo wszystko połknąłem je nie bez przyjemności i uśmieszku na ustach. Ta obejmująca niespełna 200 stron książeczka (mowa o wersji czytnikowej, w której nie stosuje się trików sztucznie zwiększających objętość) stanowi pewien powiew świeżości dla polskiego fantasy.

Przynajmniej dla mnie, bo nie jestem jakimś wielkim tego gatunku koneserem. Ale nie pamietam kiedy ostatni raz czytałbym coś podobnego. Już po przeczytaniu pierwszych stron na myśl się ciśną trzy słowa - Kajko i Kokosz. Podobieństwo konwencji nie jest przypadkowe, autor sam zresztą nigdy nie ukrywał swojej miłości do tego kultowego polskiego komiksu.

Akcja toczy się w fikcyjnej mieścinie - Nogradzie, która cierpi na dziwną przypadłość - otóż nic się w nim nie dzieje. Jest tam nudno do tego stopnia, że największym wydarzeniem dnia są nastolatki sikające do fontanny. Zgodnie z napisem na okładce, z tego marazmu już niektórych krew zalała. Bohaterów jest tu cała masa. Gamoniowaty wojmił, jego ojciec - kasztelan, kupiec i jego syn i przepiękna córka, której nie chce wydać za mąż wojmiłowi, zakonnik rozczarowany niską frekwencją na mszach (no bo skoro nie ma żadnej trwogi to i boga nikt nie potrzebuje) i paru innych. Najlepsze wrażenie sprawia para pijaczków, Lentaka i Melmira, którzy przy piwku obmyślają skok po latach. Utarczki słowne emerytowanego złodzieja i starego eks-czarodzieja to najlepsze fragmenty powieści. Szkoda, że nie ma ich więcej.

Wielość bohaterów sprawia bowiem, że wielu z nich poświęcono bardzo niewiele miejsca. Do tego stopnia, że w sumie nie wiadomo, po co autor ich w ogóle wprowadził. Odbierają tylko cenny czas i miejsce tym ciekawszym.

Sama fabuła nie jest niczym wybitnym - ot, w poszukiwaniu rozrywki i wyrwania się z letargu jedni planują włam do domu kupca, inni rabunek na drodze, pewna niewiasta gubi się w katakumbach i takie tam. Wszystko prowadzi ostatecznie do tytułowej awantury na moście, która rozwiązuje się jednak w tempie błyskawicznym. Historia więc szału nie robi.

Ale w komedii fantasy najważniejszy jest przecież humor, prawda? I muszę przyznać, że momentami jest naprawdę zabawnie. Zwłaszcza w dialogach trafiają się niezłe perełki, potrafiące wywołać stłumiony chichot. Z drugiej strony, autor wyraźnie nie radzi sobie z humorem budowanym przez narrację - tutaj jest już znacznie słabiej i widać, że Marcin Hybel nie ma na tym polu doświadczenia.

Co więcej, humor w Awanturze... zalicza kilka niekontrolowanych upadków. Zaskakują nagłe bardzo krwawe sceny z użyciem słów takich jak "jucha" i "posoka", które całkowicie wyrywają z przyjemnego i lekkiego nastroju. Nie wydaje się to być zabieg zamierzony, wygląda to całkiem tak, jakby autor myślał, że to naprawdę zabawne. A nie jest. Podobnie się zresztą ma sprawa języka - raz na jakiś czas całkowicie z czapy zaczynają padać wulgaryzmy najbardziej prymitywnej próby, co wywołuje grymas zdziwienia a czasami nawet zażenowania. Ten zabieg dziwi, bo autor nie ma problemu z budowaniem zabawnych zamienników dla niecenzuralnych słów. Po co więc to mięso?

Zapłaciłem za tę książkę ledwie płacideł dziesięć. Do wielkiego narzekania pretensji sobie więc nie roszczę. Nie jest jednak to żadne must read, ale z braku innego zajęcia poczytać można. Sielski klimat udawanego średniowiecza potrafi odprężyć i za to warto wysupłać trochę grosza. Marcin Hybel nie jest Piekarą ani tym bardziej Pratchettem, ale nie jest to też poziom licealnego fanfika, jak niektórzy próbują sugerować.

Jest druga część - Na zdrowie! ale w niej już podobno autor naprawdę pojechał po bandzie z żartami. Jeżeli to prawda, to wielka szkoda. Zmarnowałby się tym samym niewielki potencjał.

Ocena: 5+/10

Plusy:
+ klimat zbliżony do Kajka i Kokosza
+ Lentak i Melmir
+ Miejscami dobry humor...

Minusy:
-
... który czasami sięga dna
- banalna historia
- niektórzy bohaterowie nic nie wnoszą 

czwartek, 13 marca 2014

Self publishingImage courtesy of Bill Longshaw, freedigitalphotos.net

I przy okazji kolejny argument za tym, by przejść na self-publishing. W sieci oczywiście pojawiły się głosy zawistnych cebulaków, którzy uważają, że autor to powinien najlepiej pisać za darmo, albo za półdarmo, bo idea jest najważniejsza. Oczywiście na takie głupie gadanie trzeba spuścić zasłonę żenady i milczenia - są to typowe porady ludzi, którzy nie wiedzą nic o czymkolwiek.

Autor musi zarabiać pieniądze, żeby tworzyć. Aż mi jest głupio wykładać takie banały. Jeżeli komuś się wydaje, że Dukaj czy Sapkowski by nadal wydawali, gdyby nie pieniądze, to się grubo mylą. I nie ma w tym podejściu absolutnie nic złego. Błędne jest natomiast podejście autorów, którzy nadal uzależniają swoje być albo nie być od krwiopijców zwanych potocznie wydawcami.

Self-publishing

Wydawanie książek samodzielnie, bez pomocy wyzyskiwaczy to na świecie już dawno nie jest fanaberia. To po prostu trend. I widoczny jest nie tylko w literaturze. Także muzycy, twórcy gier komputerowych (indie deweloperzy) coraz częściej zwracają się ku temu rozwiązaniu. Jest ono na tyle dobre, że wydawca staje się coraz częściej zbędny. Jedyna jego rola sprowadza się do reklamy. W dobie internetu wieści o dobrych pozycjach jednak szybko same się rozchodzą i nie ma potrzeby wydawać pieniędzy na marketing.

Pani Kaja Malinowska powiedziała, że zarobiła 6 800 zł za 16 miesięcy spędzone na pisaniu książki. A dla porównania autorzy inicjatywy BookRage, w ciągu kilku dni od rozpoczęcia kolejnego bundla mają przychód w wysokości ponad 8000 zł i to za sprzedaż niespełna 1000 pakietów.

Wiem, że nie są to sytuacje porównywalne, ale ekipa Book Rage nie korzystała przecież z pomocy żadnych sztucznych tworów zwanych osobami trzecimi. 

Zdecydowanie się na self publishing to nie jest jednak rozwiązanie pozbawione wad. W Polsce rynek ebooków to ciągle twór raczkujący. Self-publishing zarezerwowany tym samym jest dla twórców, których nikt normalnie nie chce wydać - w domyśle twórcy słabi. Na świecie takie myślenie już dawno przestało obowiązywać. Nawet wielu znanych muzyków wydaje swoje nowe albumy własnym nakładem.

Prześledźmy po dwie największe zalty i wady self-publishingu z uwzględnieniem polskich realiów.

Zalety

  • Brak zależności od widzimisię wydawcy - większa wolność tworzenia, nie trzeba pisać pod kątem upodobań smutnych panów w garniturach
  • Znacznie większy udział w zyskach - zależnie od ceny, na Amazon.com można liczyć na ok 70% wpływów z każdego sprzedanego egzemplarza. Taki sam standard przyjęty jest w przypadku gier - 30% dla sklepu, reszta dla autora. W przypadku tradycyjnego publikowania ten odsetek jest znacznie mniejszy. Niestety, w Polsce nie zawsze to tak wygląda. W Virtualo, kiedy ostatni raz sprawdzałem był to podział 50/50, co jednak i tak jest wynikiem znacznie lepszym, niż będąc przypiętym do pijawy. Bardziej odważni mogą się pokusić o całkowite odstąpienie od korzystania z sieci sprzedaży i puścić ebooki z własnej strony internetowej.

Wady

  • Brak reklamy, mniejszy zasięg - marketing szeptany nie zawsze będzie najlepszym wyjściem. W Internecie można znaleźć tysiące książek, nie jest łatwo sprawić, żeby znaleźli akurat Twoją
  • Wysokie koszty druku - wydawanie samych ebooków w Polsce to wielkie ryzyko. Już samo czytelnictwo jest na fatalnym poziomie, a do tego rynek ebooków w Polsce to jakieś 2-3% rynku czytelniczego.

Te wady często sprawiają, że autorzy nawet nie myślą o samodzielnym wydawaniu książek. Nadal wolą się płaszczyć, żebrać a potem rozpaczać, że dostają za swoje książki marne grosze. Ale może i do tego kraju trzeciego świata dotrze jaśniejący kaganek self-publishingu.

środa, 12 marca 2014

Book Rage 7

Wygląda na to, że moje przewidywania się sprawdzają - (umiarkowany, choć jak na polski rynek ebooków to całkiem spory) sukces poprzednich pakietów sprawił, że panowie (i panie?) z ekipy Book Rage wypuszczają nowy pakiet. Brawa za tempo!

Tym razem są to dzieła polskiego mistrza horroru - Stefana Grabińskiego. Jak zauważa ekipa BR nie jest to nadal kompletne wydanie, ponieważ istnieją jeszcze zbiory, które znajdują się wyłącznie w posiadaniu kolekcjonerów, a oni zwykle nie są skorzy do dzielenia się. Niemniej jednak jest to kąsek nadzwyczaj smaczny. Dlaczego?

Zebrane w tym pakiecie utwory należą do domeny publicznej. Dlatego tym razem nie ma opcji zasilenia naszym kupnem kieszeni spadkobierców - cała kasa idzie do BR i do Fundacji Nowoczesna Polska (50:50). "Po co miałbym płacić za coś, co jest darmowe?" zaraz ktoś wykrzyknie. Wartością dodaną tego pakietu jest fakt, że zadano sobie trud dotarcia do wydań, które nie zostały tknięte przez cenzurę PRL. Tym samym są to najbardziej zbliżone do woli autora wydania, w zasadzie niemożliwe do zdobycia w papierze. A nawet jeśli, to w stanie raczej muzealnym.

Ja na pakiet się oczywiście skusiłem jak tylko się pojawił. Dobrego horroru nigdy za wiele, a to, co robi ekipa BR po prostu należy wspierać. Oby forma i tempo się utrzymały!

Podoba mi się też tematyczne uporządkowanie pakietu, choć na pewno bardziej zróżnicowane zestawy także będą się trafiać.

Na koniec lista książek z tego pakietu:

Demon ruchu. Wydanie uzupełnione – ten opublikowany po raz pierwszy w 1919 roku zbiór to najbardziej znana książka Grabińskiego, składający się z nowel związanych z tematyką kolejową – znaleźć w nich można pociągi-widma, złośliwe duchy kolei, echa przeszłych zdarzeń i tajemnicze sygnały znikąd.
Szalony pątnik  ten wydany w 1920 roku zbiór zawiera opowiadania skupiające się na śmierci i szaleństwie. Zawiera utwory: „Szary pokój”, „Nocleg”, „Znak”, „Problemat Czelawy”, „Saturnin Sektor”, „Kruk”, „Osada dymów”, „Wezwanie”, „Dziedzina”.
Księga ognia – zbiór nowel z roku 1922 związanych z tytułowym żywiołem – bohaterami są strażacy, podpalacze, piromani i czciciele ognia. Zawiera opowiadania: „Czerwona Magda”, „Biały Wyrak”, „Zemsta żywiołaków”, „Pożarowisko”, „Pirotechnik”, „Gebrowie”, „Muzeum dusz czyśćcowych”, „Płomienne gody”, „Zielone Świątki”.
Ogrojec baśni – zbiór wydanych za życia autora jedynie w prasie utworów osadzonych w konwencji baśniowej. Zawiera opowiadania: „Sad umarłych”, „Pani z Białego Kasztelu”, „Król Nenufar”, „Cud Żywii”, „Za rychło”, „Ciuciubabka”.
Wyspa Itongo – ostatnia wydana za życia Grabińskiego powieść, której pierwsza edycja ukazała się w 1936 roku. Jej bohater, Polak o zdolnościach parapsychicznych, podczas podróży morskiej rozbija się na tajemniczej wyspie na Pacyfiku.

Po przekroczeniu średniej (na tę chwilę ok. 17 zł):

Na wzgórzu róż – zbiór niepokojących opowiadań grozy z 1918 roku. Zawiera opowiadania: „Na wzgórzu róż”, „Szalona zagroda”, „Po stycznej”, „Zez”, „Cień”, „W willi nad morzem”.
Cień Bafometa  - wydana po raz pierwszy w 1926 roku powieść. Tadeusz Pomian ma stoczyć pojedynek ze swym śmiertelnym wrogiem, ministrem Praderą. Jednak ten jeszcze tego samego dnia zostaje nagle zamordowany. Przypadek czy działanie siły wyższej? I co ma z tym wszystkim wspólnego Paweł Kuternóżka, właściciel sklepu z dewocjonaliami?

poniedziałek, 10 marca 2014

Stanisław Lem - Pamiętnik znaleziony w wannie

Oto powód, dla którego tak długo nie było żadnej notki. Lektura Pamiętnika znalezionego w wannie wycieńczyła mnie fizycznie. Nie dlatego, że jest to pozycja słaba, wręcz przeciwnie! Jest to tytuł niezwykle zajmujący, ale jednocześnie skomplikowany w formie, przesycony neologizmami, zabawą stylem i słowem. W trakcie lektury czułem się podobnie jak jej bohater - momentami zagubiony, szukając ukrytych celów i znaczeń, szyfrów i kamuflaży. Nie da się przejść obok tej pozycji obojętnie.

(recenzja może zawierać elementy zdradzające fabułę)

Wszystko jest szyfrem

Główny bohater jest bezimienny. Skojarzenie z everymanem nasuwa się samo. Dostaje on Misję. Misję wielkiej wagi, ale niestety nikt nie chce (ani zapewne nie potrafi) wytłumaczyć mu jej treści oraz znaczenia. Szybko czytelnik orientuje się, że ta misja staje się wyłączną częścią życia głównego bohatera. Misją jest jego życiorys, życie jest jego Misją. Protagonista staje przed niemożliwym - musi pokonać system, aby znaleźć sens w swoim działaniu. Działanie to dla wszystkich znających Proces Franza Kafki jest z góry skazane na porażkę.

Nic w świecie Gmachu nie jest takie, jakie się wydaje. Każde wypowiedziane zdanie, słowo jest szyfrem. Nawet zwykłe rozmowy w kantynie nie oznaczają tego, co by wyglądało na pierwszy rzut oka. Jakby tego było mało, każdy szyfr jest wielowarstwowy. Jedna odkodowana warstwa prowadzi do następnej i tak dalej. Sam Gmach jest przesiąknięty zdradą. Każdy agent jest jednocześnie zdrajcą, podwójnym, potrójnym (a nawet bardziej zakonspirowanym...) agentem.

Pamiętnik znaleziony w wannie to jedno z najwybitniejszych w mojej skromnej ocenie dzieł Lema. Przedstawia obraz jednostki w starciu z aparatem państwowym rozbuchanym do n-tej potęgi - państwem-molochem, które kontroluje każdy aspekt swojego istnienia. Jest wszechwiedzący. Bohaterowi niejednokrotnie się wydaje, że Gmach wie o nim wszystko - tak jest w istocie. Dla systemu jednostka jest tylko wypadkową wcześniej odegranych scenariuszy, nie ma takiej sytuacji, która nie została już wcześniej przewidziana i nie została dla niej napisana instrukcja. Główny bohater zostaje tym samym odarty z wolnej woli.

- Panowiee... zgadywancja numer dwa: co to jest małżeństwo?! - huczał rozebrany obleśnie apoplektyk. Wyglądał jak owłosiona kobieta. - To najmniejsza komórka szpiegowska - odpowiedział sam sobie, bo nikt go nie słuchał

Od pierwszych stron rozkręca się atmosfera paranoi, która nie opuszcza czytelnika i bohatera do ostaniej strony. Zakończenie zresztą zostawia bardzo mocny akcent, trafia w punkt i wstrząsa czytelnikiem. 

Co ciekawe i dość nietypowe w twórczości Lema, nie brak w Pamiętniku... elementów humorystycznych. Całość niejednokrotnie zahacza o groteskę, wywołując może nie salwy śmiechu, ale na pewno stłumiony chichot. Bo jak tu się w sumie śmiać, kiedy głównemu bohaterowi nie jest do śmiechu? 

Jeżeli miałbym znaleźć jakiekolwiek negatywne elementy w Pamiętniku... byłby to może nieco oderwany od całej reszty wstęp. Nie do końca rozumiem, jaki był cel w umieszczeniu tych archeologicznych zapisków, całkowicie oderwanych od treści właściwej. Sens pewnie jakiś w tym jest, pewnie niemały, ale to już zostawiam teoretykom literatury.

Ocena: 8+/10

Plusy:
+ genialna atmosfera paranoi
+ bohater, z którym łatwo się identyfikować
+ trafiony w punkt humor 

Minusy:
- momentami trudny język, przesiąknięty neologizmami
- trochę oderwany od całości wstęp 

niedziela, 02 marca 2014

Gwiazdozbiór psa

Tematy postapokaliptyczne są niezwykle modne. Główną falę zainteresowania postapo wywołały wszechobecne zombie.Tym razem jest inaczej. Ludzkość zdziesiątkowały zmiany klimatyczne oraz śmiertelne choróbska. Nieliczni, którzy przetrwali muszą walczyć o pożywienie. Nie jest o nie łatwo, ponieważ znaczna część flory i fauny wyginęła. Ostały się tylko te stworzenia, które mogą przeżyć na skromnych ilościach trawy,które jeszcze porastają połacie terenu.

Główny bohater, Hig stracił wszystko. Został całkiem sam. No, prawie całkiem. Towarzyszy mu Jasper, jego psi towarzysz, który ma już swoje lata. No i Bangley, ale trudno nazwać go przyjacielem. Hig toleruje jego obecność, bo tylko ona zapewnia mu przetrwanie. Ta relacja jest obustronna - Bradley znosi Higa również tylko dlatego, że jakiekolwiek szanse na przeżycie mają tylko i wyłącznie razem. Dzięki zaradności i umiejętnościom Higa, możliwe są wypady po surowce i rekonesans na pokładzie małego samolotu. Bangley to z kolei świetny strzelec, który nie raz uratował już Higowi skórę.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po otwarciu książki, to bardzo niecodzienny styl, w jakim napisana jest ta powieść. Liczne błędy gramatyczne, miejscami całkowity brak interpunkcji mają chyba przywodzić na myśl prywatne zapiski głównego bohatera. Nie każdy ten styl polubi, mnie on momentami strasznie irytował. Równoważniki zdania niepoprzedzielane żadnymi znakami interpunkcyjmi z pewnością nie ułatwiają zapoznania się z fabułą. Trzeba jednak przyznać, że wybiórcza interpunkcja i częste stosowanie niegramatycznych form lub równoważników zdania bardzo dobrze się sprawdza w przypadku dynamicznych scen. Jako przykład można podać sytuację, w której Hig musiał walczyć o ciężarówkę z napojami - krótkie, szarpane zdania naprawdę potrafiły oddać emocje, jakimi targany był główny bohater i kolejne linijki czytało się z zapartym tchem.

Jeżeli miałbym wskazać jakiś motyw przewodni tej powieści, to pewnie byłoby to poczucie straty. O stracie bohater mówi często i odnosi się ona do wszelkich aspektów jego życia - utraty rodziny, utraty kontaktu z ludźmi, nawet utraty swoich ulubionych sposobów spędzania czasu (pstrągi wyginęły). Równie ważne są próby pokonania samotności, rozpaczliwych starań nawiązania kontaktu z innymi ludźmi.

Im bilżej jednak końca, tym historia coraz mniej trzyma przy czytniku. Wydarzenia tracą impet, następuje dłuższa chwila wytchnienia dla bohatera, ale niewiele z tego wszystkiego wynika. Ostatnie rozdziały czytałem chyba dwa razy wolniej niż pierwsze pół książki. Może to ze względu na małą różnorodność wydarzeń, pewien powtarzający się schemat, brak solidnego kierunku, w którym całość zmierza.

Gwiazdozbiór psa oceniam jednak bardzo pozytywnie. Na poletku powieści postapo ta nie wyróżnia się znacznie, ale przynajmniej odchodzi od wyświechtanych tematów wojny nuklearnej czy zombie. Historia kusi realistycznym podejściem do tematu i całkiem nieźle z niego wybrnęła. Polecam wszystkim miłośnikom gatunku.

Ocena: 7+/10


Plusy:
+ ciekawie, realistycznie przedstawiona zagłada
+ historia, w której chodzi o coś więcej niż zwykłe przetrwanie
+ niewielki krąg ciekawych bohaterów+ sceny akcji zapierają dech w piersi

Minusy:
- akcja wyraźnie zwalnia mniej więcej w połowie powieści
- brak wyraźnego kierunku fabuły
- napięcie opada a potem już nie wraca

środa, 26 lutego 2014

Hannibal - sezon 2

Już za kilka dni, bo 28 lutego, powróci zdecydowanie najlepszy serial emitowany na łamach telewizji ogólnodostepnej w USA. Pierwszy sezon zachwycił nie tylko świeżym spojrzeniem na postać seryjnego mordercy-kanibala, Hannibala Lectera, ale przede wszystkim odświeżył zmruszałą formułę procedurali.

W Hannibalu tzw. "sprawy tygodnia" stanowiły tylko tło dla opowieści o paranoi i szaleństwie. Will Graham, postać znana fanom Czerwonego smoka, dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom i empatii jest niezastąpioną pomocą dla FBI w tropieniu seryjnych morderców. Podczas rozwiązywania jednej ze spraw trafia na trop  Rzeźnika z Chesapeake. Chyba nie ma sensu ukrywać, że tym zbrodniarzem jest Hannibal Lecter, prawda?

Serial urzekł mnie przede wszystkim oprawą wizualną. Wiele scen wygląda na wprost wyjęte z sennego koszmaru, operowanie barwą i jej nasyceniem stoi na naprawdę najwyższym poziomie. Tak samo zresztą gra aktorska - zarówno Hugh Dancy, jak i Mads Mikkelsen sprawdzają się znakomicie. Początkowo wielu fanów uznawało, że nie może być innego Hannibala niż Anthony Hopkins - i ci fanowie mylili się. Mads Mikkelsen wykreował postać operującą na subetlnych gestach, oszczędnej mimice twarzy i wieloznacznych wypowiedziach (tutaj gratulacje należą się scenarzystom). Jest raczej oczywiste, że dr Lecter zanim został złapany nie zachowywał się tak ekscentrycznie jak chociażby w Milczeniu owiec. Gdyby tak było, zostałby złapany na miejscu.

Jeszcze odnośnie warstwy wizualnej - ten serial posiada własnego specjalistę od przygotowywania potraw! Prezentowane w kolejnych odcinkach dania wyglądają naprawdę przeapetycznie, mimo wiedzy widza, że ich głównym składnikiem jest ludzkie mięso...

Jedzenie w Hannibalu

Porażały swoją pomysłowością także sceny zbrodni - pomysłów na wykorzystanie ludzkich zwłok do szokowania widza jest tutaj co nie miera, żeby wymienić tylko farmę grzybów na nieprzytomnych ludziach, totem zbudowany ze szczątków czy wiolonczela ze strun głosowych ofiary. Trzeba to traktować umownie i z zawieszeniem niewiary, bo nie sposób uznać to za realistyczne. W końcu tydzień w tydzien otrzymujemy taką makabrę.

Jakie wyzwania stoją przed twórcami w drugim sezonie? Po pierwsze, przydałoby się skupić jeszcze bardziej na głównym wątku. Sprawy tygodnia może i cieszą oko, ale spowalniają akcję, która jest napięta jak pośladki Chodakowskiej. Po drugie, bardzo ciekawie zapowaida się kwestia uwięzienia Willa, który już wie. W jaki sposób udowodni swoją niewinność? Czy uda mu się przekonać innych, że dr Lecter jest kanibalem? Przed scenarzystami nie lada zadanie - opowiedzieć tę historię w sposób przyciągający nowych widzów. Nie ma co się oszukiwać, oglądalność seriali w USA jest odwrotnie proporcjonalna do ich jakości.

A ja mam szczerą nadzieję, że na dwóch sezonach się nie skończy.

Bon appétit!

poniedziałek, 24 lutego 2014


Nowy regulamin VirtualoImage courtesy by patrisyu - www.freedigitalphotos.net

25 lutego w życie wchodzi nowy regulamin w Virtualo, który każdy klient sklepu musi zaakceptować, aby dalej z niego korzystać. Regulamin owy pełny jest prawniczego bełkotu i niegramatycznych zdań wielokrotnie złożonych, co jest typowe przy wprowadzaniu rozwiązań ograniczających klienta. W praktyce może to oznaczać tyle, że jakiś pulchny pan lub pani z managementu stwierdziła "ten dozwolony użytek to mi się nie podoba, weźcie jakoś to zablokujcie". No i pan lub pani mecenas siedzi nad tym regulaminem i mimo, że wie, że życzenia swojego przełożonego spełnić nie sposób, to tworzy jakieś formułki, które kompletnie nic nie znaczą, bo jak wiadomo regulamin ustawy obejść nie może.

Przeanalizujmy zatem niektóre z postanowień regulaminu Virtualo.

§1 DEFINICJE: 1. Użyte w niniejszym Regulaminie zwroty i definicje będą miały poniżej przedstawione znaczenie: d) „TREŚCI MULTIMEDIALNE” – oznacza znajdujące się w aktualnej ofercie Sklepu produkty w formatach elektronicznych, w tym w szczególności e-Booki (zapisany w formacie cyfrowym utwór literacki), audiobooki (zapisana w formacie cyfrowym ścieżka dźwiękowa zawierająca odczytany przez lektora utwór literacki) oraz e-prasa (zapisane w formacie cyfrowym wydania prasy codziennej, tygodników oraz miesięczników); c) „PRODUKTY” – oznacza znajdujące się w bieżącej sprzedaży w ramach Sklepu produkty w postaci m.in.. Treści Multimedialnych oraz czytników elektronicznych;

Tutaj akurat nie mam żadnych zastrzeżeń, ale należy zacytować te definicje dla porządku, Virtualo będzie się do nich odnosić w kolejnych paragrafach (lol) swojego regulaminu.

1. Nie będziesz odstępował od umowy.

Prawo odstąpienia od umowy zawartej na odległość przysługujące konsumentom to jedno z najważniejszych uprawnień konsumenckich, które staje się standardem w Unii Europejskiej. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w Polsce, klient ma prawo odstąpić od umowy w ciągu 10 dni od dostarczenia towaru lub w przypadku usług - w ciągu 10 dni od zawarcia umowy o ich świadczenie. Warunkiem wyłączającym możliwość skorzystania z tego prawa jest rozpoczęcie świadczenia usługi. Jak wygląda to prawo w regulaminie Virtualo?

§ 8 ODSTĄPIENIE OD UMOWY, ZAKUPU: 2. Klient będący konsumentem w przypadku zamawiania Produktów w postaci Treści Multimedialnych wyraża zgodę na udostępnienie przez Virtualo Treści Multimedialnej niezwłocznie po dokonaniu Zakupu i potwierdzeniu jego realizacji przez Virtualo oraz przed upływem 10 dniowego okresu uprawniającego Klienta do odstąpienia od umowy zakupu Treści Multimedialnej. Z uwagi na powyższe, stosownie do regulacji art. 10 ust. 3 pkt 1), ustawy dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (Dz. U. z dnia 31 marca 2000 r.) Klientowi nie przysługuje prawo do odstąpienia od umowy o zakupu Treści Multimedialnej w trybie przewidzianym w art. 7 ust. 1 ww. ustawy, co Klient niniejszym przyjmuje do wiadomości i na co wyraża zgodę.

Ktoś wymyślił sobie, że jeżeli klient wyrazi zgodę na pozbawienie go praw, to tak też się stanie. Otóż nic bardziej mylnego i wie to każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie w tej materii - obowiązywanie przepisów ustawy, na którą się Virtualo powołuje nie zależy od oświadczenia woli żadnej ze stron. Co tak naprawdę tutaj się stało? Virtualo interpretuje rozpoczęcie świadczenia usługi jako moment, w którym ebook zostaje umieszczony na półce do pobrania. Nie istnieje w tej materii żadne orzecznictwo, którym można by poprzeć takie lub przeciwne stanowisko, więc jest to kwestia otwarta do interpretacji.

Każdy szanujący się sklep daje możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni od dokonania zakupu, jeżeli ebook nie został ściągnięty na dysk. Jest to rozwiązanie stosowane także przez sklepy sprzedające cyfrowo gry. Dla przykładu, tak interpretował te przepisy gigant branży gier - Electronic Arts, a ich raczej stać na dobrych prawników, prawda?

2. Nierealnych ofert składał nie będziesz

13. Po złożeniu przez Klienta oferty oraz po dokonaniu płatności Klient otrzyma od Virtualo wiadomość elektroniczną (...) zawierana jest umowa sprzedaży Produktu na warunkach wynikających z niniejszego Regulaminu oraz Załączników do niniejszego Regulaminu dotyczącego nabywanego przez Klienta Produktu.

Tutaj pojawiają się nawet dwie zabawne rzeczy w jednym ustępie. Virtualu uznaje sprzedaż np. ebooków za umowę sprzedaży, a nie świadczenia usług, więc zapisy o odstąpieniu od umowy nie mają w tym przypadku za bardzo sensu. W przypadku umowy sprzedaży bowiem konsument ma prawo do jej odstąpienia w ciągu 10 dni od momentu dostarczenia towaru, jak już było wspomniane i w żaden sposób tego prawa anulować się nie da.

Co jeszcze śmieszniejsze, zdaniem prawników Virtualo to klient składa ofertę zakupu sklepowi. Jest to całkowicie oderwane od rzeczywistości rozwiązanie. W sytuacji normalnej, to sklep składa ofertę sprzedaży przez wystawienie ceny produktu do publicznej wiadomości.  Klient może tę ofertę zaakceptować i wtedy dochodzi do zawartcia umowy.

Jakie są tego konsekwencje? Ano takie:

14. W przypadku braku możliwości realizacji złożonej przez Klienta oferty Klient otrzyma od Virtualo wiadomość e-mail wskazująca na braku akceptacji oferty przez Virtualo. Brak potwierdzenia zamówienia w terminie 7 (siedmiu) dni od daty dokonania przez Klienta płatności oznacza odmowę realizacji zamówienie przez Virtualo. W przypadku wskazanym w zdaniu poprzedzającym Virtualo niezwłocznie zwraca Klientowi uiszczoną przez niego cenę nabycia Produktu.

Virtualo daje sobie możliwość odmowy realizacji zamówienia z przyczyn dowolnych. Oczywiście taki zapis w regulaminie ma chronić sklep w przypadku, w którym nie będzie możliwa realizacja zamówienia, bo np. wygasła licencja, lub kod promocyjny okazał się nieważny, czy też cena w sklepie była niższa, niż być powinna. Ale do tego nie potrzeba takich szemranych punktów w regulaminie. Słabo też wygląda sytuacja, w której klient musi czekać aż 7 dni od złożenia oferty (lol), aby się dowiedzieć, że jego zamówienie nie zostanie zrealizowane. W dalszych podpunktach regulaminu pojawiaja się informacja, że na zwrot pieniędzy Vritualo wyznacza sobie 30 dni. Nie jest to nic, o co należałoby marszczyć czoło. Większość sklepów co prawda szybciej zwraca pieniądze, ale na zwrot pieniędzy nie ma jakiegoś z góry określonego prawnie terminu.

3. O dozwolonym użytku zapomnisz

11. Klient ma prawo korzystać z Treści Multimedialne na własny użytek.

Własny użytek to nie dozwolony użytek prywatny! Virtualo w tym miejscu stara się jak może, żeby wyłączyć swojego produkty spod dozwolonego użytku. I znowu robi to nieudolnie, bo takie wyłączenia nie mogą mieć miejsca. Własny użytek, to użytek wyłącznie osobisty, bez możliwości wypożyczenia lub sprzedaży książki znajomemu. Dozwolony użytek z kolei taką możliwość uznaje i postanowienia ustawy o prawie autorskim itd. mają tutaj bezwzględne pierwszeństwo.

4. Zabezpieczeń usuwał nie będziesz

13. Klient nie jest uprawniony do: d. usuwania oznaczeń właściciela oraz technicznych zabezpieczeń z Treści Multimedialnej,

Jest to kolejny zapis, który nie ma żadnego pokrycia w obowiązującym prawie. Zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych, usuwanie zabezpieczeń jest zabronione tylko wtedy, kiedy obchodzenie zabezpieczeń prowadzi do bezprawnego korzystania z utworu. Tym samym, jeżeli usuwasz DRM lub znaki wodne, aby korzystać z kupionego ebooka zgodnie z prawem, tj. w ramach użytku własnego lub dozwolonego użytku, to nikt ci nie może tego zabronić. (Patrz art. 79 ust. 6 ustawy o prawie autorskim itd.)

Podsumowanie

Zanim przejdę do podsumowania, wkleję jeszcze jeden punkt regulaminu, który przyprawił mnie o banana na twarzy.

14. Virtualo udziela Klientowi Licencji na korzystanie z Treści Multimedialnej na nie więcej, niż 99 (słownie: dziewięćdziesiąt dziewięć) odrębnych urządzeniach (telefon, tablet, komputer itp.).

 To chyba taki typowy zapis regulaminowy for the lulz. Sensu żadnego nie ma, zastosowania praktycznego też nie, ale jest zabawnie i wszyscy są zadowoleni.

Reasumując, nowy regulamin Virtualo to mokradła, pełne niebezpiecznych rozpadlin i ruchomych piasków. Virtualo za nic ma poszanowanie swoich klientów i wszystko, do czego zmierza ten regulamin, to maksymalne ograniczenie praw konsumentów.

Jak można z tym walczyć? Oczywiście można by próbować swoich sił u Powiatowego Rzecznika Konsumentów, tylko w walce z takimi gigantami jak EmpiK mogą to być wysiłki płonne. Ja po prostu nie wydam u nich ani złotówki, bo i po co? Większość pozostałych sklepów mnie szanuje.

piątek, 21 lutego 2014

Marcin Bruczkowski - Bezsenność w Tokio

Bezsenność w Tokio Bruczkowskiego to niesamowita przygoda dla Czytelnika. Na niespełna czterystu stronach z nieznikającym bananem na twarzy przemierzałem razem z autorem kolejne etapy jego życia w "kraju wschodzącego jena". Choć zdaję sobie sprawę z tego, że wartość merytoryczna tej pozycji przez dwie dekady się znacznie zdezaktualizowała, jestem przekonany, że nadal można z tej książki wyciągnąć wiele przydatnych informacji o tym, jak wygląda życie cudzoziemca w jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na ziemi.

Od początku Czytelnik śledzi zmagania autora z japońską rzeczywistością. Pierwsze mieszkanie - zaledwie kilka metrów kwadratowych, co i tak jest pewnym luksusem, bo apato jest w dość dogodnej lokalizacji. Nieustanne braki gotówki popychają do kombinowania, jakby tu przeżyć za niemałe pieniądze w mieście, gdzie wszystko kosztuje krocie, i tak dalej, i tak dalej... Pierwsze rozdziały są wręcz przepakowane ciekawostkami i informacjami dotyczącymi realiów panujących w Tokio. Wszystko podane jest w lekkim sosie, przypominającym gawędę i przyprószone dużą dawką humoru.

Gajdzin Marcin spotyka brata gajdzina - Irlandczyka. Ta przyjaźń to zresztą najbardziej trwałe spoiwo w tej opowieści. Pozostała plejada charakterów przychodzi i odchodzi, często bez większego komentarza, co niestety rozczarowuje. Autor zresztą zasypuje czytelnika masą zdjęć i szczegółów dotyczących jednych osób, by potem kolejne osoby potraktować po macoszemu. Może wynika to z zastrzeżeń samych zainteresowanych i próba ochrony ich prywatności?

Trudno jednoznacznie zaklasyfikować tę pozycję. Najbliżej jej chyba pamiętnikowi, bo nie da się tego raczej zakwalifikować jako literatury faktu - było nie było jest to obraz Japonii widziany oczami jednego człowieka, a więc niekoniecznie obiektywny. Z tym zresztą jest największy problem w tej książce - niesamowite sytuacje, które przytrafiają się autorowi są momentami tak nieprawdopodobne (masa szczęśliwych zbiegów okoliczności), że trudno oprzeć się wrażeniu, że autor jest jednak mitomanem i znacznie ubarwia historie swojego życia.

Największe zgrzyty, które umniejszały moją przyjemność z czytania dotyczyły cwaniakowania, jakim cechuje się autor. Podejście na zasadzie "co to nie ja, lepiej uważaj, skośnooki, bo cię postraszę ambasadą" mogą robić wrażenie podczas historyjek przy piwie, papier znosi takie przechwałki znacznie gorzej.

To cwaniakowanie prowadzi do dość lekceważącego podejścia do kobiet. Naszkicowano obraz cudzoziemca, który do Japonii przyjeżdża między innymi po to, żeby "zaliczyć" kilkanaście ślicznych Japonek. O znacznej większości postaci kobiecych czytający dowie się w zasadzie tylko tyle, że są ładne i mają lub nie mają biustu. Trochę to grubiańskie, ale na szczęście te fragmenty nie są aż tak liczne, można je zatem przeboleć.

Sama pozycja jest zresztą bardzo nierówna. Pierwsze rozdziały to istne cudo, porwał mnie bez reszty zwłaszcza opis podróży autostopem przez Japonię - czyta się to jak naprawdę dobrą opowieść przygodową. Potem jest różnie. Nieudane podboje miłosne Seana nie interesowały mnie za bardzo, a kolejna podróż całej paczki na wczasy nie interesowała mnie już wcale. Zwłaszcza ten przedostatni rozdział rozczarowuje. W zasadzie jest to zapis prywatnych przeżyć autora, bez żadnej wartości dodanej dla czytelnika.

To, co na pewno uderza czytającego pod koniec tej książki to nieustające poczucie, że obcokrajowiec w Japonii nigdy nie będzie się czuł swobodnie. Zawsze będzie tym obcym, zawsze będzie traktowany jak dziwadło. Nie wynika to ze strasznej niechęci autochtonów, raczej z niewiedzy i obawy przed obcymi. To główny powód dla którego większość obcokrajowców po pewnym czasie jednak wraca do ojczyzny...

Bezsenność w Tokio to pozycja obowiązkowa dla miłośników Japonii i wszystkiego, co z nią związanego. Autor celnie obala wiele mitów i nieporozumień, związanych z rozumieniem japońskiej kultury przez Zachód, co na pewno zmieni obraz przeciętnego Japończyka w oczach czytającego. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że część informacji zdążyła się zdezaktualizować, część jest pewnie podkoloryzowana i nie do końca w pełni oddająca rzeczywistość. Z takim podejściem można czerpać nieukrywaną przyjemność z lektury i razem z autorem odbyć podróż po tym fascynującym miejscu.

Ocena: 7/10

Plusy:
+ mnogość ciekawostek z kraju kwitnącej wiśni;
+ lekka narracja, pełna (czasem suchego) humoru;

Minusy:
-
niektóre informacje są już nieaktualne;
- czasami drażni rozbuchane ego autora


 
1 , 2 , 3
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30