Kategorie: Wszystkie | Autor | Gry | Książki | Seriale/Filmy | Wydarzenia
RSS
wtorek, 18 lutego 2014

cŻółte ptaki - okładka

Bez owijania w bawełnę - Żółte ptaki nie są dziełem wybitnym. Miejscami wręcz zahaczającym o marność. Nie zmienia to jednak faktu, że zapoznać się z nimi warto. Wciąż niewiele jest bowiem powieści, które podejmują problem współczesnych konfliktów zbrojnych i jej dewastującego wpływu na życie młodych żołnierzy. (Pewnie, jest na przykład Generation Kill, które polecam gorąco znającym dobrze angielski. Można obejrzeć też serial o tym samym tytule). Wielka szkoda, że jest to lektura w zasadzie na jeden, góra dwa wieczory...

Żółte ptaki traktują o wojnie w Iraku. Abstrahując od politycznego wymiaru tego konfliktu, trzeba na wstępie zaznaczyć jedno - nie był to konflikt łatwy, lekki i przyjemny i amerykańścy żołnierze mieli tam po prostu przerąbane. Po raz pierwszy na taką skalę miały miejsce starcia nie tylko z umundurowanym wrogiem, który atakował otwarcie, ale także ubranymi w cywilne stroje bojownikami. Zamachowcy-samobójcy, zaminowane wraki samochodów i zwłoki były codziennością. Nietrudno domyślić się jak poczucie zagrożenia czającego się za każdym rogiem może wpływać na psychikę zwykłego szeregowca. I z tego tematu Kevin Powers wybrnął całkiem dobrze.

Głównym bohaterem powieści jest Peter Bartle (Bart), który w wieku niewiele przekraczającym 21 lat zaciągnął się do wojska i został wysłany na misję do Iraku. Krótko przed wyjazdem popełnia wielki bląd - obiecuje matce jednego z żołnierzy, że przywiezie go do domu żywego. Kiedy jego przełożony się o tym dowiaduje, spuszcza mu solidny łomot. Bart nie od razu pojmuje, dlaczego nigdy nie powinien był skadać obietnicy, której nie może dotrzymać...

Paradoksalnie to właśnie historia tego drugiego żołnierza (ksywka Murph) jest najbardziej poruszające w tej historii. Główny bohater jest przytłoczony ciężarem swojej obietnicy i widok towarzysza broni, który "w zasadzie już jest martwy" odbija się nieodwracalnie na jego psychice. Jakby było mało nieprzemijającego widoku rozkładających się ciał, pożerających je psów i umierających w krzyku kolegów...

Rozdziały opisujące przebieg misji, na którą wysłani zostali Bart i Murh przetykane są sekcjaim dotyczącymi życia Barta po powrocie z misji. To zabieg bardzo udany. Czytelnik ma przed sobą obraz tego, że mimo upływających lat, główny bohater nadal nie jest w stanie powrócić do funkcjonowania w normalnym życiu. Nabiera jednak dystansu i perspektywy, która pozwala mu znacznie trzeźwiej ocenić swoje zachowania i wybory z tamtego feralnego okresu. Gdybym miał wybierać, czy wolę część książki dotyczącą konfliktu bezpośednio czy jego wpływu po latach, chyba nie zdecydowałbym się na wskazanie jednego faworyta - obie części stanowią spójny obraz.

-Sierżańcie, proszę... Niechże mi pan powie.
Spojrzał na mnie. Dotarło do mnie, że jest tak samo zmęczony jak ja. Zaskoczyło mnie to.
- No dobra, tamten gość płakał - odezwał się Sterling - Powiedział coś w stylu: "Kurwa, umieram, nie?", a ja na to: "No, chyba tak". Płakał coraz bardziej, aż nagle przestał, a ja czekałem aż będzie mówił dalej. No wiesz, jak na filmach, czy coś w tym rodzaju.

  Przedstawiony obraz pola walki uderza autentyzmem. Nie ma się co dziwić, autor powieści  sam przecież jest weteranem tego konfliktu. Brak w tej pozycji górnolotnych ideałów, mistycyzmu tak typowego w większości dzieł dotyczących drugiej wojny światowej. I to jest najsilniejsza część powieści. Krajobraz wojny to po prostu paskudne miejsce. Mimo, że na pierwszy rzut oka żołnierze w konflikcie jawią się jako pozbawione emocji maszyny do zabijania, to czytelnik szybko uczy się, że jest wręcz odwrotnie. To zwykły mechanizm psychologiczny mający za cel radzenie sobie z potwornościami, których są uczestnikami każdego dnia. Zespół stresu pourazowego pojawia się znacznie później, wielokrotnie dopiero po powrocie do domu.

 Żółte ptaki nie są tworem idealnym. Jednym może się podobać język kwiecistych metafor, których używa autor do opisu przebiegu działań wojennych i faktycznie mogą one urzekać. Personifikacja wojny jako prawdziwego wroga amerykańskich żołnierzy, porównywanie uderzeń pocisków moździerza do stalowej pięści, która wybija uderzania w ziemię pod stopami walczących zapadają w pamięć na długo. Ale nie obywa się bez zgrzytów. Wielokrotnie te metafory zaczynają niebezpiecznie balansować na granicy kiczu. Można przeczytać, że umarli "mają alergię na życie", oraz że chmury "zalegały nad Atlantykiem niczym brudna pościel na nieposłanym łóżku" - trudno nie parsknąć ze śmiechu przy takich opisach, a to raczej nie było zamiarem autora.

Rozczarowująca jest też długość powieści. Pomijając różne sztuczki edytoskie mające na celu optyczne zwiększenie objętości książki, tekstu jest tu na niecałe 200 stron. Oczywiście, jak to się mawia, nie długość ma znaczenie. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że Żółte ptaki wiele by zyskały na bardziej obszernym zarysowaniu konfliktu. Czytając Żółte ptaki ma wię nieodparte wrażenie, że akcja toczy się zbyt szybko, trwa zbyt krótko i kończy się nagle. Zwłaszcza, że w jej trakcie pojawia się bardzo interesujący wątek zbrodni wojennych, który sam w sobie wystarczyłby pewnie na kolejną powieść.

Mimo tych drobnych zgrzytów poleciłbym Żółte ptaki każdemu. Jest to powieść o tyle ważna dla kreowania obrazu współczesnych konfliktów zbrojnych, że mogą ją przeczytać nie tylko osoby zainteresowane tematem - Kevin Powers skutecznie odbrązawia wizję wojny jako wydarzenia, które "robi z chłopców mężczyzn" i jest pełne heroicznych czynów i wielkich poświęceń. Jest wręcz przeciwnie - chłopcy wysłani na wojnę mężczyznami już nigdy nie będą i niezależnie od tego, jaki Czytelnik ma pogląd na polityczną stronę konfliktu - nie sposób nie zostać tą konkluzją porażonym z siłą pocisku wysokiego kalibru.

 

Ocena: 8/10

Plusy:
+
realistyczny obraz współczesnych konfliktów zbrojnych;
+ interesująca warstwa psychologiczna utworu;
+ bardzo bogaty język metafor...

Minusy:
- ... które jednak czasami trącą kiczem;
- za krótka!

piątek, 14 lutego 2014

Almost Human - Dorian, Kennex i MX

Tęsknię za Fringem. Od czasów przygód Muldera i Scully nie było w publicznie dostępnej telewizji dobrego serialu s-f. Fringe był wyjątkowy, mimo pozoru, że jest to tylko zwykła podróbka Archiwum X. Twórcy potrafili wykreować zawiłe ale dość spójne uniwersum, pełne oryginalnych i świeżych pomysłów. Dlatego nikt go nie oglądał. Cudem udało się wyprodukować wszystkie sezony na stacji, która jest znana z tego, że morduje bez litości wszystkie projekty z niską oglądalnością, nie bacząc na jakość. Z wielkim entuzjazjem śledziłem informacje na temat Almost Human, który już w trailerze obiecywał mieszankę Ja, Robot (filmowego), Blade Runnera i Fringe'a właśnie. Nawet tradycyjnie dokleili nazwisko J.J. Abramsa, żeby lepiej wyglądało na plakacie.

Niestety nie wyszło.

Mamy jednak do czynienia z bardzo banalnym proceduralem, który stara się łapać fanów s-f na nawiązania do kultowych dzieł (jak na przykład spelunka z pierwszego odcinka i wsuwany makaron z pudełka), niczym miodem na wygłodniałe muchy. Jak by nie patrzeć, fani futurystycznych produkcji nie mają lekko,  więc to łyknęli. Na krótko, bo obecnie oglądalność nie powala. W tym wypadku nie powinno to nikogo dziwić, bo nie ma w tej produkcji wielu elementów, które zadowolą nawet mało wybrednego widza.

Almost Human jest nie tylko proceduralem ale proceduralem na wskroś skostniałym. Tak bardzo typowym, że stacja FOX uznała za dobry pomysł całkowicie zignorować kolejność produkcji odcinków i wyemitowane zostały one w zgoła... przypadkowym porządku. Po pierwszym odcinku, który wprowadził dość ciekawą intrygę (ot, ukochana głównego bohatera okazuje się być zdrajczynią odpowiedzialną za utratę jego nogi i partnera),  wyemitowano odcinek szósty. Mimo formuły serialu polegającej na rozwiązywaniu sprawy tygodnia historia bardzo na tym ucierpiała.

Główny bohater, John Kennex (grany przez Karla Urbana) musi pracować z nietypowym partnerem. Jest nim android, który został wycofany ze służby ze względu na niestabilność emocjonalną. I to właśnie przemieszanie odcinków zaburza odbiór relacji między tymi dwoma. Nagle w drugim odcinku zachowują się już jak dobrzy kumple, mimo że Kennexa cechuje dość banalna dla gatunku s-f niechęć do robotów. Jakby tego było mało, kiedy w końcu wyemitowane zostały odcinki produkowane jako drugi i trzeci w kolejności, relacje między nimi znowu są oziębłe. Osoby odpowiedzialne za ten burdel powinny wylecieć z roboty. Oprócz tego w 9 odcinku (czyli drugim...) nagle pada informacja o tym, że wokół miasta zbudowany został potężny mur odgradzający je od świata. Wcześniej nie było o tym wspomniane ani słowem. Krótko: pomieszanie z poplątaniem.

Nie uświadczysz tutaj ani jednego ciekawego bohatera poza głównym duetem. Jeżeli marzysz o jakiejkolwiek dobrze napisanej postaci kobiecej - zapomnij czym prędzej.

Serial popełnia jeszcze jeden błąd. Mamy tutaj typową, ograną do bólu wizję przyszłości z technologią o tyleż efektowną, co nieefektywną. Wszystkie ekrany są niebieskie, telefony są wąskie, tablety przezroczyste. Nikt nie pomyślał o tym, żeby wprowadzone wynalazki były faktycznie przydatne, a nie tylko "dziwaczne, a więc z przyszłości".

Jedynymi plusami, które na siłę mógłbym wyszukać, może być całkiem niezły humor, opierający się głównie na wymianie docinków między Kennexem a jego partnerem-androidem oraz dobrą muzykę elektroniczną w soundtracku. Czasami poruszana jest też tematyka "filozoficzna", tj. twórcy starają się odpowiadać na pytania: czym android różni się od człowieka, co dzieje się z ich elektroniczną duszą po śmierci i tak dalej. Te odcinki wyróżniają się na plus z całości, ale jest ich zdecydowanie zbyt mało.

Czy warto więc oglądać ten serial? Tylko, jeżeli jesteś naprawdę wyposzczonym fanem s-f i nie masz nic lepszego do roboty. Gotuj się przy tym na morze nudy i tylko z rzadka niewielkie wysepki czegoś, co da się oglądać z zaciekawieniem.

czwartek, 13 lutego 2014

Silmarillion okładka angielska

Ufff... Muszę przyznać, że przeczytanie Silmarillionu nie należało do zadań najłatwiejszych. Czytelnika od samego początku zalewa ogrom imion, pojęć i nazw geograficznych, niczym w średniowiecznej kronice. I taki jest zamysł autora, bo opowieści zebrane w Silmarillionie czyta się jak kronikę właśnie.

Albo Biblię.

Nie jest to skojarzenie przypadkowe. Jakby nie patrzeć, większość opowieści w niej zawartych ma w sobie odopwiednik biblijny. Na początku istniał Eru (Bóg), który do życia powołał swoje zastępy (Ainurów), którzy z kolei posiadają swoich mniejszych popleczników (Maiarów). Eru jest zresztą stwórcą świata, w którym żyją jego dzieci - Quendi, którzy są zresztą nieśmiertelni. Zamieszkują Valinor, który do złudzenia przypomina ogrody Edenu. Są nawet święte drzewa. Jeden z Ainurów buntuje się i staje się Tolkienowskim odpowiednikiem Szatana. Kusi dobre dzieci Illuvatara do czynienia złego i zabijania siebie nawzajem. Sami Quendi w pewnym momencie zresztą buntują się przeciwko swoim dobrym panom i zostają za to odcięci z rajskiej krainy i zostają zmuszeni do życia w Śródziemiu.

Brzmi bardzo znajomo, prawda? Do tego dochodzi jeszcze biblijny Potop w postaci zatopienia Numenoru, pojawienie się śmiertelnych ludzi, których czeka obietnica życia po śmierci i kilka innych szczegółów, a mamy obraz do biblijnego bardzo zbliżony. Tolkien zresztą zawsze wyraźnie podkreślał, że Arda (bo tak nazwał planetę, którą wykreował w swojej wyobraźni) to po prostu Ziemia i wszystkie wydarzenia, które opisał to relacja z prawdziwych zdarzeń z historii świata. Genialne w tej wizji jest to, że według niej Ziemia kiedyś faktycznie była płaska, ale została zakrzywiona w pewnym momencie przez Valarów.

Sedno opowieści natomiast skupia się wokół tytułowych Silmarilli - wspaniałych klejnotów stworzonych przez jednego z elfów i okrutnych wojen, które toczyły się o zdobycie ich na własność. Jednak ponownie jak w przypadku Władcy Pierścieni nie to jest w tej opowieści najważniejsze. Nie liczy się cel, a droga, jaką bohaterowie pokonują, aby go osiągnąć.

Czy to źle?

I tak, i nie. Podobnie jak historie biblijne tak i tutaj wydarzenia imponują swoim rozmachem i ogromnymi konsekwencjami dla historii świata. Ale z drugiej strony, jak tylko Czytelnik zorientuje się, którą tym razem opowieść biblijną stara się opowiedzieć po swojemu Tolkien, będzie mógł się z góry domyślić, jakie będzie zakończenie tej historii. No chyba, że akurat z nienacka zastosuje swoje typowe deus ex machina w postaci ogromnych orłów.

Jak już wspominałem, Silmarillion momentami czytałem z trudem. Działo się tak dlatego, że rozdziały napisane w stylizacji przepięknej baśni, które pochłania się z zapartym tchem poprzetykane są rozdziałami... kronikarskimi. Kto jest synem kogo, gdzie się urodził, ile staj miała rzeka, przy której zamieszkał i tym podobne mogą zaciekawić w zasadzie tylko największych fanatyków. A i oni pewnie by musieli czytać te rozdziały podróżując palcem po mapie i wtykając w nią pinezki.

Mimo to z Silmarillionem na pewno warto się zetknąć, bo jest to niezaprzeczalny klasyk gatunku fantasy, który dał podwaliny całym pokoleniom kolejnych autorów. Nie znać tej Biblii Tolkiena jest po prostu wstyd. A gdybym miał wybierać, którą z wersji stworzenia świata wolę... zdecydowanie obstaję przy Tolkienie.

Ocena: 8/10

Plusy:
+
przepiękna historia stworzenia świata i jego dziejów,
+ liczne minihistorie wciągają jak dobra baśń,
+ pojawiają się liczne imiona, które są znane każdemu fanowi Władcy Pierścieni.


Minusy:
- licznie fragmenty poprzetykane dziesiątkami nazw, które przeciętnemu czytelnikowi nic nie mówią,
- Konstrukcja wielu opowieści jest bardzo zbliżona do treści Starego Testamentu (zabieg celowy)

(Zdaję sobie sprawę z tego, że ocenianie takich klasyków jest bardzo ryzykowne, ale jakaś sumaryczna ocena pojawić się powinna)

środa, 12 lutego 2014

Her - Joaquin Phoenix

Her to jeden z najlepszych filmów nominowanych w tym roku do Oscarów. Mam jednak wrażenie, że jego popularność bierze się z tego, że nie każdy rozumie i dostrzega subtelny przekaz, jaki za sobą niesie. Czy to Kominek, czy to recenzenci Hataka, wszyscy rozpływają się nad tym, jak piękna jest miłość człowieka z maszyną. Tylko że nie o to tu chodzi.

Postać grana przez Joaquina Phoenixa jest everymanem. W uniwersum filmu nie jest nikim wyjątkowym - jego związek z jego OS-em jest pospolity. Można usłyszeć fragmenty rozmów innych osób i tu i ówdzie podsłuchane ploteczki o tym, kto to znowu nie zaczął romansować ze swoim komputerem itd. itp. Reżyser obrazu próbuje wygłosić komentarz na temat obecnego społeczeństwa Web 2.0.

Jesteśmy rozłączeni (disconnected).

Już dzisiaj coraz więcej relacji międzyludzkich rozpoczyna się od wysłania zaproszenia na Facebooku. Ludzie coraz mniej ze sobą się kontaktują bezpośrednio i to do tego stopnia, że w zasadzie niczym się to nie różni od zauroczenia Theodora swoim systemem operacyjnym. Brak umiejętności nawiązania więzi z innym człowiekiem jest powodem, dla którego ten romans zakwita.

Moim zdaniem celem reżysera nie było pokazanie jak piękna może być miłość bez granic. Otóż te granice są wielokrotnie pokazywane i podkreślane - Samantha (system operacyjny) źle się czuje bez ciała, próbuje cały czas znaleźć na tę ułomność remedium aż do momentu, w którym odkrywa, że posiadanie ciała to tak naprawdę ograniczenie. Theodore nie potrzebuje cielesnej postaci dla Samanthy, ponieważ on nie odnajduje spełnienia w kontaktach z drugim człowiekiem. Ale jak już mówiłem, nie jest on w tym poczuciu jedyny. Na swojej drodze przez miasto mija setki ludzi dokładnie takich jak on - zapatrzonych w wyświetlacze swoich urządzeń i rozmawiających ze swoim komputerem.

Wygląda znajomo, prawda? Dzisiaj wygląd chodników na całym świecie nie różni się zbytnio - tabuny bezimiennych wpatrzonych w wyświetlacze swoich komórek ze słuchawkami w uszach. Technologia stoi na przeszkodzie formowaniu relacji międzyludzkich - to jest przekaz, jaki można wyczytać z tego filmu. Znamienna jest ostatnia scena, w której Theodore siedzi na dachu z Amy (Amy Adams) - kilka minut wparetwania się w gwiazdy jest dla niego bardziej realne niż w zasadzie wszystko, co przeżył ze swoim OS, szczególnie od momentu, kiedy ten zaczął ewoluować. Co istotne, Theodore odkrywa na powrót znaczenie relacji z żywym człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zostaje mu odebrana (a w zasadzie sama odchodzi) technologia.

Być może bierze się to z tego właśnie, że dzisiaj tak wiele osób buduje swoje relacje międzyludzkie z pominięciem bezpośredniego kontaktu, że nie zauważają tych subetlności i odbierają ten film jako manifest "Miłość jest piękna niezależnie od granic".

Nie ma w tym filmie przekazu o tolerancji. Jest ostrzeżenie. Ale i tak nikt nie posłucha.

12:37, zamekblyskawiczny , Seriale/Filmy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lutego 2014

Porno u Trynkiewicza - pszypadeg?
© Ldeitman | Dreamstime Stock Photos & Stock Free Images

Obiecali, że nie wyjdzie z więzienia. No i prawdopodobnie dotrzymali słowa. W iście białoruskim stylu. Ta sytuacja musiała zaskoczyć nawet największych przeciwników administracji Tuska. Wszyscy się raczej spodziewali, że Trynkiewicz "popełni samobójstwo", bo do tego już się zdążyliśmy przyzwyczaić.

Otóż nie. Praktycznie na dzień przed zwolnieniem z więzienia po odbyciu kary znaleziono w jego celi materiały pornograficzne z udziałem małoletnich. Fotografie (?), rysunki i "materiał przypominający kostny", który podejrzewa się o to, że pochodzi od jednej z ofiar. To znaczy, tak "podejrzewają" media.

Prawda, że przepiękne? Człowiek, który siedzi w celi od 25 lat na dzień przed wyjściem dowiaduje się, że prawdopoobnie popełnił w niej przestępstwo. Co dosyć zabawne, klawisze wcale nie musieli mu niczego do tej celi podrzucać. Od paru lat funkcjonuje w polskim kodeksie karnym przepis, który penalizuje posiadanie rysunków, które się samemu narysowało, a które przedstawiają pornograficzny wizerunek "małoletniego". Piszę w cudzysłowie, bo kiedy mamy do czynienia z rysunkami to trudno tu raczej mówić o małoletnim - każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z japońską mangą wie, o co mi chodzi.

Kto produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. (art. 202  § 4b k.k.)

Ale jeżeli tak wygląda sprawa, to dlaczego postanowiono go przyszpilić dopiero teraz? Przecież od lat wiadomo, że on lubi sobie narysować to i owo. Czy w tym kraju wszystko musi się dziać tylko i wylącznie pod presją mediów?

Ustawa - bubel

Oto naprędce, pod naciskiem mediów i tak zwanej opinii publicznej (którą jednak bym radził nazywać niewiedzą publiczną, ewentualnie publiczną ciemnotą) uchwalono ustawę, która miała uspokoić wszystkich tych, którzy się obawiają Buki dla dorosłych zwanej Trynkiewiczem. Oczywiście stało się to sposobem do jakiego już obecny rząd zdążył przyzwyczaić - uchwalono ustawę, która z góry wiadomo, zę jest niezgodna z Konstytucją, ale zanim TK tak orzecze, to sprawa ucichnie i kto inny będzie się tym martwił. Przy okazji jak widać wyciągnięto z szafy zakurzony plan B, bardziej spektakularny, ale jeszcze bardziej narażony na porażkę.

Trynkiewicz to nie problem!

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to jak media uczepiły się tej Buki właśnie zapominając, że na wolności przebywają jeszcze setki Hatifnatów. Otóż Rzeczpospolita jeszcze kilka lat temu pisała, że obecnie na wolności znajduje się 20 osób skazanych za zabójstwo, które nie spędziły w celi ani jednego dnia. Po prostu nie stawiły się do odbycia kary. Sytuacja bardzo wyjątkowa, osoby oskarżone o zabójstwo z reguły są tymczasowo arsztowane, więc nie ma problemu z transportem ich do zakładu karnego. Ale jak widać kilka przypadków, w których tak się nie stało w skali kraju się znajdzie.

Tym samym obecnie na terenie kraju przebywa 20 morderców, którzy nie zobaczyli wnętrza celi przez jeden dzień. To jest prawdziwy problem, bo osób, które nie odbywają zasądzonej kary w tej czy innej sprawie jest kilkadziesiąt tysięcy.

Chyba nie ma lepszego dowodu na to, że państwo polskie jest słabe i niewydolne a rząd nic z tym nie robi. Bo po co, skoro "media milczo" na ten temat?

[Aktualizacja] Jak się okazuje, prokurator ma głowę na karku. Przedstawiona kwalifikacja prawna nie pozwoliła na postawienie zarzutów Trynkiewiczowi, ponieważ jego obrazki nie przedstawiały wizerunków małoletnich w trakcie czynności seksualnych, przestępstwa więc nie popełniono. Dzisiaj wyjdzie na wolność.

07:54, zamekblyskawiczny , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lutego 2014

Haters gonna hate

(Nie napiszę na jakim blogu opublikowano te komentarze tylko dlatego, że szanuję autora bloga za jego profesjonalną robotę i nie o to tu chodzi)

Wow. Tego się nie spodziewałem. Kiedy zaczynają się w Internecie pojawiać twoi hejterzy, którzy w dodatku, jak się okazuje, przeczytali którąś z twoich notek (nawet pobieżnie!) to znaczy, że jest nieźle.

Dość zabawna jest insynuacja, że założyłem tego bloga z myślą o zarobku. W Polsce i w polskim języku! To musiałby być chyba najbardziej poroniony pomysł w kraju, w którym nie czyta w zasadzie nikt i w którym zarabianie na pisaniu wychodzi tylko i wylącznie najlepszym z najlepszych. Poza Kominkiem, Segrittą i paru podobnym nie znam żadnego blogera, który by się utrzymywał z samego blogowania.

Przyznaję, popełniłem podstawowy bląd nowicjusza polegający na wspomnieniu o swoim blogu w komentarzu na innym blogu. Tak się nie robi, ale jak wspomniałem w tymże komentarzu - pierwsza wzmianka była reakcją na komentarz jednego z życzliwych użytkowników, który (bez pytania!) pomógł mi swoją cenną radą. Drugi wynikł z tego, że nie chciałem się powtarzać.

Ale na blogu, na którym zamieszczam swoje komentarze staram się zawsze zamieszczać opinie zawierające jakąś treść, wartość dodaną. Jakość tej treści każdy może oceniać po swojemu, ale nigdy nie są to puste komentarze.

Gdybym naprawdę chamsko się promował, to znaleźlibyście moje komentarze na dziesiątkach blogów poświęconych tematyce jakkolwiek, nawet luźno związanej z tematyką mojego bloga (która sama w sobie jest dość luźna). A komentuję tylko na jednym.

Dlaczego? Zanim zacznę na poważnie promować swojego bloga (i mam tutaj na myśli profesjonalne promowanie...), muszę go zapchać treścią. Coby nie mówić o Kominku, czasem koleś naprawdę ma rację - zanim zaczniesz wciskać swojego bloga innym ludziom, wyrzygaj chociaż kilkadziesiąt wpisów.

Tak jest, wstawiłem do bloga Disqus - jedyny obecnie sensowny system dodawnia komentarzy do wpisów.

Jeżeli ktokolwiek to czyta - enjoy!

[AKTUALIZACJA]: Jak się okazuje, można także w domyślnym systemie blox.pl ustawić komentowanie bez logowania tylko do opcji trzeba się dokopać... Ale jak już dodałem DisQuisa to pewnie zostanie na dłużej. A co mi tam!

18:00, zamekblyskawiczny , Autor
Link Dodaj komentarz »

Book Rage - Kochamy książki

Obcykani w tematyce ebooków na pewno wiedzą o co chodzi. Nowy Book Rage już jest! A tym, którzy nie widzą, spieszę z pomocą - jest to pakiet ebooków działający za prostej zasadzie - płacisz, ile chcesz a w zamian dostajesz książki. Tym razem w liczbie pięciu. Jeżeli natomiast postanowisz zapłacić więcej niż obecnie wynosząca średnia - dostaniesz książki bonusowe.

Prawda, że brzmi pięknie? I takie właśnie jest. Nie jest to pomysł całkiem nowy, opiera się na sprawdzonej już metodzie zapoczątkowanej (chyba) przez Humble Bundle, które najpierw sprzedawało tylko gry, a obecnie już w sumie wszystko jak leci.

Obecnie w pakiecie możemy natrafić na niezłą perełkę i to bez konieczności przebijania średniej - Sherlock Holmes - Apokryfy. Są to nigdy niewydane wcześniej w Polsce opowiadania spoza kanonu przygód słynnego detektywa. Gratka przede wszystkim dla największych fanów, bo można się domyślić, jakie są powody, dla których opowiadania te nie trafiły do kanonu i w zasadzie niemal zginęły w odmętach historii.

Dla marud przygotowano jeszcze kilka ciekawych pozycji, o których nie będę się rozwodził - wystarczy wejść na stronę pakietu i o nich poczytać. Dość wspomnieć, że mamy do czynienia z przekrojem gatunkowym - fantasy, horror, s-f i nie tylko, w formie zarówno zbiorów opowiadań jak i pełnoprawnych powieści.

Co dalej?

Nie jest to zresztą pierwszy pakiet, nie będzie pewnie też najbardziej udanym (chociaż, kto wie?) Poprzedni, zawierający zbiór twórczości Janusza Zajdla okazał się strzałem w dziesiątkę. Panowie postanowili iść za ciosem i kolejne pakiety będą ukazywać się z pewną dozą regularności, choć pewnie nie tak często jak wspomniane wcześniej pakiety Humble Bundle.

Jeżeli miałbym pokusić się o jakieś pomysły na przyszłość, warto byłoby otworzyć sklep z pojedynczymi książkami, które były wcześniej w pakietach. Oczywiście nie od razu, żeby ludzie nadal chcieli kupować te paczki. W najnowszym zestawie mamy kolejne książki autorów, którzy już pojawiali się w poprzednich zestawach - fajnie byłoby móc kupić je wszystkie, nawet jeśli się przegapiło poprzednie okazje.

Oprócz tego może warto by było spróbować z nieznanymi, młodymi autorami? Self-publishing jest coraz popularniejszym trendem i choć zdaję sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie inwestowanie w całkowicie "anonimowych" autorów, to z drugiej strony odpada wiele problemów związanych z uzyskiwaniem praw od spadkobierców zmarłych autorów, itd. itp. Choć kontrola jakości może nie być taka łatwa...

Taką drogę wydaje się obierać Story Bundle , ale tam już po samych okładkach widać, że nie są to pozycje najwyższych lotów.

Pozostaje mieć nadzieję, że Book Rage będzie tylko rósł w siłę i kolejne pakiety będą jeszcze lepsze. Ten jest wyśmienity!

17:24, zamekblyskawiczny , Książki
Link Dodaj komentarz »

The Walking Dead - Michonne

AMC musi przestać z tym trendem na przerywanie serialu w połowie. Rozumiem ten zabieg marketingowy, mający na celu podsycanie zainteresowania widzów serialem przez dłuższy okres niż zwyczajowe kilkanaście tygodni, ale ja mam dosyć. Poraz kolejny powrót serialu po kilku miesiącach oczekiwania srogo rozczarowuje.

Kiedy w końcu scenarzyści postanowili zakończyć impas, jakim było odnalezienie bezpiecznej przystani w więzieniu (choć zrobili to niesamowicie tandetnie), była nadzieja na świeżość. Tak się jednak nie stało. Ile to już było odcinków ze scenami w stylu: wchodzimy do pierwszego lepszego pustego domu, zabijamy tam 1-2 zombie i szukamy jedzenia? Kilka co najmniej. Co ciekawe, bohaterowie nadal znajdują przydatne do spożycia płatki owsiane czy pudding w puszce mimo, że od początku apokalipsy minęły prawie dwa lata. Swoją drogą, Carla po zjedzeniu tej puszki puddingu musi czekać naprawdę solidna sraczka.

Koooooorl!

Carl zresztą nie przestaje irytować. Bo znowu, ileż razy już mieliśmy przed sobą sceny w stylu: Carl już nie jest dzieckiem, ale Rick wciąż go traktuje jak swojego małego synka, a ten próbuje mu udowodnić, że jest dorosły i twardy i udowadnia ale potem się okazuje, że jednak nadal jest jego synkiem i bez niego nie da rady? Zdaję sobie sprawę z tego, że w uniwersum zombie apokalipsy jest w zasadzie skończona liczba scenariuszy, które można odgrywać, co widać też po komiksie - Kirkmanowi naprawdę zaczyna brakować pomysłow i zjada własny ogon.

Serial nie przestaje także atakować scenami, które wywołują solidne pacnięcie się w czoło - zabawna scena, w której Carl próbuje wywabić Szwendacze sprzed domu, w którym się zatrzymał z ojcem musi zostać brutalnie przerwana przez kolejne zombie ninja, które zaskakuje bohatera od tyłu co niemalże kończy się jego zgonem. Zgonem, ktory przecież każdy rozgarnięty widz wie, że nie nastąpi.

Jakby tego było mało, uraczono nas żenującą sceną, w której Rick już niby jest zombie, bo sapie i jęczy. Chyba nawet mój kot nie dał się na to nabrać. Swoją drogą, czy ludzie żyjący w postapokaliptycznym uniwersum pełnym zombie nie powinni się nauczyc, że nawet w chorobie nie należy zachowywać się przy uzbrojonych ludziach jak zombie?

Przeszłość Michonne

Zostajemy uraczeni też sporą porcją scen z Michonne, które same w sobie nie wnoszą do fabuły w zasadzie nic. Tresuje sobie kolejne zombiaczki na smyczy (zastanawiające jest [a raczej żenujące], że według twórców po odcięciu rąk i szczęki Szwendaczom te automatycznie przestają cię ścigać), poczym targana wspomnieniami i zdegustowana widokiem swojego zombie-sobowtóra zabija je wszystkie.

Bardzo ciekawa jest natomiast krótka scena koszmaru, który nawiedza Michonne. Nie tylko jest to scena dobrze nakręcona (całkiem nieźle oddany surrealizm sennych mar), ale daje jakiś ogląd na to, kim jest czarnoskóry samuraj-kobieta. Jej (były) chłopak powinien był jednak zrobić test na ojcostwo, bo kolor skóry jej dziecka sugeruje, że raczej na pewno nie jestm nim żaden z panów ze snu.

Kula w łeb

Podsumowując tę krótką opinię (bo nie jest to oczywiście recenzja), muszę podkreślić jak bardzo zaskoczyła mnie wieść, że za scenariuszem do tego odcinka stoi sam Robert Kirkman - twórca uniwersum i komiksu The Walking Dead. Co jak co, ale po ojcu swojego dziecka można się było spodziewać nieco wyższej jakości historii. Co gorsza, za tydzień akcja przeskakuje do kolejnej grupki ocalałych, można się więc spodziewać kolejnej porcji tych samych scen (Daryl ustrzeliwuje wiewiórkę z kuszy, w lesie za drzewami czają się Szwendacze i wyskakują w najmniej [dla bohaterów i tylko dla nich] oczekiwanym momencie), Jak dobrze pójdzie, to może nawet kogoś ustrzelą, bo bodycount musi się zgadzać.

 

Tak całkiem na marginesie, postaram się tchnąć nieco życia w tego bloga i częściej raczyć was kolejnymi wpisami. Jeżeli ktokolwiek to czyta, oczywiście! Z czasem może przeniosę tego bloga na platformę, która nie wymaga logowania się, aby oddać komentarz, ale jeszcze nie wiem, na jaką. Jakieś propzycje?

poniedziałek, 03 lutego 2014

Brooklyn Nine-Nine

Raz na jakiś czas do telewizji trafia prawdziwy skarb. Jeszcze radziej zdarza się to telewizji ogólnodostępnej. Tym bardziej mnie zaskoczyło, gdy taki orzeszek w karmelu trafił się stacji Fox - znanej raczej z wypuszczania gniotów, które kasuje po jednym sezonie, czasami nawet zaledwie po kilku odcinkach. A tu takie zdziwienie!

Brooklyn Nine-Nine skupia się na perypetiach mundurowych i cywilnych pracowników tytułowego posterunku. W oczy od razu rzuca się duża dywersyfikacja etniczna wśród bohaterów. Nie jest to zabieg jakiś pod publiczkę, czy dyktowany poprawnością polityczną - różnorodność "kolorów" jest jak najbardziej zgodna z realiami. Co więcej, nie jest to typowe wciśnięcie murzyna do ekipy - każda postać ma tutaj własną osobość, poświęcony jest jej spory ułamek czasu antenowego w zasadzie każdym odcinku i każda postać niezmiennie śmieszy. Podkreślam to słowo, bo w wypadku komedii telewizyjnych wielu twórców chyba o tym zapomina (patrz ostatnie odcinki New Girl, które skupiają się raczej na dramie na linii Jess i Nick i usypianiu, niż śmieszeniu).

Głównym bohaterem jest zagrany przez Andy'ego Samberga Jack Peralta - ale niech was to nie zwiedzie. Jak już mówiłem, każdy bohater dostaje mnóstwo czasu ekranowego, przez co trudno w zasadzie mówić tutaj o głównym bohaterze. Zwłaszcza, że jest on postacią najmniej ciekawą i najbardziej jednowymiarową z całej obsady - choć to zaczyna się ostatnio zmieniać. Z całej obsady najbardziej błyszczą Terry Crews oraz Andre Braugher, którzy udowadniają, że są aktorami pierwszej kategorii. Zwłaszcza stalowa mina tego drugiego nie przestaje dostarczać salw śmiechu w najmniej oczekiwanych sytuajach. Andre Braugher wciela się w komendanta na posterunku, a Terry Crews w sierżanta, który się boryka z zespołem stresu pourazowego i ma awersję do broni oraz panicznie boi się powrotu do akcji - niesamowicie zabawnie zgrywa się to z jego potężną muskulaturą i jest źródłem wielu gagów.

Brooklyn Nine-Nine : BoyleJedna z najśmieszniejszych postaci w serialu - Boyle

Oprócz tego mamy jeszcze Amy Santiago - ambitną lizuskę, która rywalizuje z Peraltą o miano najlepszego policanta na posterunku (co samo z siebie w zasadzie nic nie znaczy), Nickiego Boyla, który jest typową fajtłapą o złotym sercu, Rosę - twardą babkę, która jednak skrywa pod spodem bardziej wrazliwe wnętrze oraz Ginę - asystentko-sekretarkę, której kąśliwe uwagi potrafią zbić z tropu każdego. Jest jeszcze kilka pomniejszych postaci, ale one nie zasługują na większy komentarz. Po prostu są i czasem śmiesza, ale z reguły żarty o nich grają na jednej nucie.

Nie jest to typowy sitcom, ponieważ nie ma tutaj śmiechu z puszki (i dzięki Bogu!). Wiele osób porówbuje ten serial do 13 posterunku i uważam te porównania za całkowicie chybione. W przeciwieństwie do polskiej produkcji, B-99 jest po prostu śmieszne, a humor stoi na naprawdę niezłym poziomie, bardzo rzadko uderzając w humor najniższych lotów, a to w polskiej produkcji było na porządku dziennym.

Z całego serca mogę ten serial polecić. Odcinki są krótkie, wyładowane gagami, pomysłow na rozsmieszanie nie brakuje. Jakby tego wam było mało, jakość serialu została potwierdzona przez jury, które przyznało tej produkcji aż dwa Złote Globy, co w przypadku serialu, który wyemitował dopiero 15 odcinków i rywalizował z takimi "gigantami" (celowo w cudzysłowie) jak The Big Bang Theory oraz Modern Family.

Ja pokochałem Brooklyn Nine-Nine od pierwszego odcinka, ale niektórzy twierdzą, że trzeba poczekać do odcinka 4 lub 5, wtedy na dobre się rozkręca.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30