Kategorie: Wszystkie | Autor | Gry | Książki | Seriale/Filmy | Wydarzenia
RSS

Książki

środa, 26 marca 2014

Dziewczyny Atomowe

Tekst z okładki kłamie. Dziewczyny atomowe to nie jest historia kobiet. To znaczy jest, ale niezupełnie.

Dziewczyny atomowe to przede wszystkim historia powstania pierwszej bomby atomowej i ogromnego przedsięwzięcia, które pochłonęło 2 miliardy dolarów (nie chcę wiedzieć ile to będzie po uwzględnieniu inflacji...).

Przemierzając karty tej pozycji czytelnik poznaje losy wielu kobiet zaangażowanych w przebieg Projektu. Wywodzą się one z różnych rodzin, miejscowości, mają różne wykształcenie i marzenia, ale koniec końców ich historie są bardzo podobne. Na tyle podobne, że momentami człowiek ma wrażenie, że czyta już któryś raz to samo, tylko imiona się zmieniają. Rozumiem, że to książka oparta na prawdizwych historiach, trudno więc o jakieś niesamowite biografie, ale mimo wszystko trochę to kłuje w oczy.

Znacznie ciekawsze są rozdziały i sekcje poświecone samemu Projektowi Manhattan. Dziewczyny atomowe to bowiem pozycja dość unikatowa - rozdziały beletrystyczne przeplatane są z literaturą faktu i to w tych momentach "powieść" błyszczy najbardziej. Bardzo szczegółowa relacja, wprost napakowana detalami, fragmentami rozkazów, tekstów z gazet, plakatów propagandowych wywołują zachwyt i zaciekawienie. Sam opis kompleksu, jego powstawania, budowy a potem funkcjonowania i rozrastania się okazuje się być bowiem znacznie ciekawszy niż obyczajowe scenki z życia wielu kobiet zatrudnionych w kompleksie.

Ich życia nie były nudne - co to to nie. Warunki funkcjonowania w Oak Ridge daleko odbiegają od normalności - ciągłe kontrole, tajniacy, wysoka dyscyplina, itp. mają wielki wpływ na kondycję fizyczną i psychiczną bohaterek. Mimo to, te bohaterki nigdy nie stają się czytelnikowi bliskie - jako osobowości są po prostu mało ciekawe i przeciętne.

Czytelnikowi jest dane śledzić cały proces powstawania Gadżetu (bomby atomowej) od początku aż do zbombardowania Hiroszimy i Nagasaki. Im bliżej sierpnia 1945 roku, tym napięcie wzrasta. A rozdziały, które opisują wydarzenia zaledwie sprzed dni i godzin od zniszczenia japońskich miast trzymają w napięciu jak porządny thriller. Emocje bohaterek udzielają się czytającemu i trudno oderwać się od lektury.

Pewien zgrzyt pojawia się jednak także w tym miejscu. Ciężko czyta się akapity, które mają miejsce tuż po zdetonowaniu pierwszej bomby, bo nie jest łatwo zrozumieć euforii, radości i wszechobecnego zadowolenia związanego z posłaniem do piachu setek tysięcy ludzi. Oczywiście, pracujący w CEW ludzie cieszyli się, że wojna niedługo się skończy, ale przecież od momentu zrzutu ładunków wiedzieli doskonale, co jest efektem ich kilkuletniej pracy. Autorka jednak nie stara się wybielać historii i podaje fakty, takimi, jakimi były. Dlaczego zdecydowano się zbomdardować Japonię, jakie były stanowiska naukowców na ten temat, a nawet opisano eksperymenty na ludziach związane z wstrzykiwaniem polonu niczego nie spodziewającym się tego pacjentom.

Dziewczyny atomowe warto poznać. Nie ze względu na losy samych kobiet uwikłanych w najwieksze przedsięwzięcie przemysłowe w historii II wojny światowej, a właśnie ze względu na historię powstania najgroźniejszej broni, jaka wtedy powstała.

Ocena: 8/10

Plusy:
+
bogata, udokumentowana część historyczna
+ napisana przystępnym językiem, zrozumiała dla laika
+ nie wybiela historii

Minusy:
- "dziewczyny" wcale nie są w tej historii najważniejsze 

poniedziałek, 17 marca 2014

Marcin Hybel - Awantura na moście

Awantura na moście nie jest dziełem wybitnym. Nie jest nawet dziełem szczególnie dobrym. A jednak mimo wszystko połknąłem je nie bez przyjemności i uśmieszku na ustach. Ta obejmująca niespełna 200 stron książeczka (mowa o wersji czytnikowej, w której nie stosuje się trików sztucznie zwiększających objętość) stanowi pewien powiew świeżości dla polskiego fantasy.

Przynajmniej dla mnie, bo nie jestem jakimś wielkim tego gatunku koneserem. Ale nie pamietam kiedy ostatni raz czytałbym coś podobnego. Już po przeczytaniu pierwszych stron na myśl się ciśną trzy słowa - Kajko i Kokosz. Podobieństwo konwencji nie jest przypadkowe, autor sam zresztą nigdy nie ukrywał swojej miłości do tego kultowego polskiego komiksu.

Akcja toczy się w fikcyjnej mieścinie - Nogradzie, która cierpi na dziwną przypadłość - otóż nic się w nim nie dzieje. Jest tam nudno do tego stopnia, że największym wydarzeniem dnia są nastolatki sikające do fontanny. Zgodnie z napisem na okładce, z tego marazmu już niektórych krew zalała. Bohaterów jest tu cała masa. Gamoniowaty wojmił, jego ojciec - kasztelan, kupiec i jego syn i przepiękna córka, której nie chce wydać za mąż wojmiłowi, zakonnik rozczarowany niską frekwencją na mszach (no bo skoro nie ma żadnej trwogi to i boga nikt nie potrzebuje) i paru innych. Najlepsze wrażenie sprawia para pijaczków, Lentaka i Melmira, którzy przy piwku obmyślają skok po latach. Utarczki słowne emerytowanego złodzieja i starego eks-czarodzieja to najlepsze fragmenty powieści. Szkoda, że nie ma ich więcej.

Wielość bohaterów sprawia bowiem, że wielu z nich poświęcono bardzo niewiele miejsca. Do tego stopnia, że w sumie nie wiadomo, po co autor ich w ogóle wprowadził. Odbierają tylko cenny czas i miejsce tym ciekawszym.

Sama fabuła nie jest niczym wybitnym - ot, w poszukiwaniu rozrywki i wyrwania się z letargu jedni planują włam do domu kupca, inni rabunek na drodze, pewna niewiasta gubi się w katakumbach i takie tam. Wszystko prowadzi ostatecznie do tytułowej awantury na moście, która rozwiązuje się jednak w tempie błyskawicznym. Historia więc szału nie robi.

Ale w komedii fantasy najważniejszy jest przecież humor, prawda? I muszę przyznać, że momentami jest naprawdę zabawnie. Zwłaszcza w dialogach trafiają się niezłe perełki, potrafiące wywołać stłumiony chichot. Z drugiej strony, autor wyraźnie nie radzi sobie z humorem budowanym przez narrację - tutaj jest już znacznie słabiej i widać, że Marcin Hybel nie ma na tym polu doświadczenia.

Co więcej, humor w Awanturze... zalicza kilka niekontrolowanych upadków. Zaskakują nagłe bardzo krwawe sceny z użyciem słów takich jak "jucha" i "posoka", które całkowicie wyrywają z przyjemnego i lekkiego nastroju. Nie wydaje się to być zabieg zamierzony, wygląda to całkiem tak, jakby autor myślał, że to naprawdę zabawne. A nie jest. Podobnie się zresztą ma sprawa języka - raz na jakiś czas całkowicie z czapy zaczynają padać wulgaryzmy najbardziej prymitywnej próby, co wywołuje grymas zdziwienia a czasami nawet zażenowania. Ten zabieg dziwi, bo autor nie ma problemu z budowaniem zabawnych zamienników dla niecenzuralnych słów. Po co więc to mięso?

Zapłaciłem za tę książkę ledwie płacideł dziesięć. Do wielkiego narzekania pretensji sobie więc nie roszczę. Nie jest jednak to żadne must read, ale z braku innego zajęcia poczytać można. Sielski klimat udawanego średniowiecza potrafi odprężyć i za to warto wysupłać trochę grosza. Marcin Hybel nie jest Piekarą ani tym bardziej Pratchettem, ale nie jest to też poziom licealnego fanfika, jak niektórzy próbują sugerować.

Jest druga część - Na zdrowie! ale w niej już podobno autor naprawdę pojechał po bandzie z żartami. Jeżeli to prawda, to wielka szkoda. Zmarnowałby się tym samym niewielki potencjał.

Ocena: 5+/10

Plusy:
+ klimat zbliżony do Kajka i Kokosza
+ Lentak i Melmir
+ Miejscami dobry humor...

Minusy:
-
... który czasami sięga dna
- banalna historia
- niektórzy bohaterowie nic nie wnoszą 

poniedziałek, 10 marca 2014

Stanisław Lem - Pamiętnik znaleziony w wannie

Oto powód, dla którego tak długo nie było żadnej notki. Lektura Pamiętnika znalezionego w wannie wycieńczyła mnie fizycznie. Nie dlatego, że jest to pozycja słaba, wręcz przeciwnie! Jest to tytuł niezwykle zajmujący, ale jednocześnie skomplikowany w formie, przesycony neologizmami, zabawą stylem i słowem. W trakcie lektury czułem się podobnie jak jej bohater - momentami zagubiony, szukając ukrytych celów i znaczeń, szyfrów i kamuflaży. Nie da się przejść obok tej pozycji obojętnie.

(recenzja może zawierać elementy zdradzające fabułę)

Wszystko jest szyfrem

Główny bohater jest bezimienny. Skojarzenie z everymanem nasuwa się samo. Dostaje on Misję. Misję wielkiej wagi, ale niestety nikt nie chce (ani zapewne nie potrafi) wytłumaczyć mu jej treści oraz znaczenia. Szybko czytelnik orientuje się, że ta misja staje się wyłączną częścią życia głównego bohatera. Misją jest jego życiorys, życie jest jego Misją. Protagonista staje przed niemożliwym - musi pokonać system, aby znaleźć sens w swoim działaniu. Działanie to dla wszystkich znających Proces Franza Kafki jest z góry skazane na porażkę.

Nic w świecie Gmachu nie jest takie, jakie się wydaje. Każde wypowiedziane zdanie, słowo jest szyfrem. Nawet zwykłe rozmowy w kantynie nie oznaczają tego, co by wyglądało na pierwszy rzut oka. Jakby tego było mało, każdy szyfr jest wielowarstwowy. Jedna odkodowana warstwa prowadzi do następnej i tak dalej. Sam Gmach jest przesiąknięty zdradą. Każdy agent jest jednocześnie zdrajcą, podwójnym, potrójnym (a nawet bardziej zakonspirowanym...) agentem.

Pamiętnik znaleziony w wannie to jedno z najwybitniejszych w mojej skromnej ocenie dzieł Lema. Przedstawia obraz jednostki w starciu z aparatem państwowym rozbuchanym do n-tej potęgi - państwem-molochem, które kontroluje każdy aspekt swojego istnienia. Jest wszechwiedzący. Bohaterowi niejednokrotnie się wydaje, że Gmach wie o nim wszystko - tak jest w istocie. Dla systemu jednostka jest tylko wypadkową wcześniej odegranych scenariuszy, nie ma takiej sytuacji, która nie została już wcześniej przewidziana i nie została dla niej napisana instrukcja. Główny bohater zostaje tym samym odarty z wolnej woli.

- Panowiee... zgadywancja numer dwa: co to jest małżeństwo?! - huczał rozebrany obleśnie apoplektyk. Wyglądał jak owłosiona kobieta. - To najmniejsza komórka szpiegowska - odpowiedział sam sobie, bo nikt go nie słuchał

Od pierwszych stron rozkręca się atmosfera paranoi, która nie opuszcza czytelnika i bohatera do ostaniej strony. Zakończenie zresztą zostawia bardzo mocny akcent, trafia w punkt i wstrząsa czytelnikiem. 

Co ciekawe i dość nietypowe w twórczości Lema, nie brak w Pamiętniku... elementów humorystycznych. Całość niejednokrotnie zahacza o groteskę, wywołując może nie salwy śmiechu, ale na pewno stłumiony chichot. Bo jak tu się w sumie śmiać, kiedy głównemu bohaterowi nie jest do śmiechu? 

Jeżeli miałbym znaleźć jakiekolwiek negatywne elementy w Pamiętniku... byłby to może nieco oderwany od całej reszty wstęp. Nie do końca rozumiem, jaki był cel w umieszczeniu tych archeologicznych zapisków, całkowicie oderwanych od treści właściwej. Sens pewnie jakiś w tym jest, pewnie niemały, ale to już zostawiam teoretykom literatury.

Ocena: 8+/10

Plusy:
+ genialna atmosfera paranoi
+ bohater, z którym łatwo się identyfikować
+ trafiony w punkt humor 

Minusy:
- momentami trudny język, przesiąknięty neologizmami
- trochę oderwany od całości wstęp 

niedziela, 02 marca 2014

Gwiazdozbiór psa

Tematy postapokaliptyczne są niezwykle modne. Główną falę zainteresowania postapo wywołały wszechobecne zombie.Tym razem jest inaczej. Ludzkość zdziesiątkowały zmiany klimatyczne oraz śmiertelne choróbska. Nieliczni, którzy przetrwali muszą walczyć o pożywienie. Nie jest o nie łatwo, ponieważ znaczna część flory i fauny wyginęła. Ostały się tylko te stworzenia, które mogą przeżyć na skromnych ilościach trawy,które jeszcze porastają połacie terenu.

Główny bohater, Hig stracił wszystko. Został całkiem sam. No, prawie całkiem. Towarzyszy mu Jasper, jego psi towarzysz, który ma już swoje lata. No i Bangley, ale trudno nazwać go przyjacielem. Hig toleruje jego obecność, bo tylko ona zapewnia mu przetrwanie. Ta relacja jest obustronna - Bradley znosi Higa również tylko dlatego, że jakiekolwiek szanse na przeżycie mają tylko i wyłącznie razem. Dzięki zaradności i umiejętnościom Higa, możliwe są wypady po surowce i rekonesans na pokładzie małego samolotu. Bangley to z kolei świetny strzelec, który nie raz uratował już Higowi skórę.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po otwarciu książki, to bardzo niecodzienny styl, w jakim napisana jest ta powieść. Liczne błędy gramatyczne, miejscami całkowity brak interpunkcji mają chyba przywodzić na myśl prywatne zapiski głównego bohatera. Nie każdy ten styl polubi, mnie on momentami strasznie irytował. Równoważniki zdania niepoprzedzielane żadnymi znakami interpunkcyjmi z pewnością nie ułatwiają zapoznania się z fabułą. Trzeba jednak przyznać, że wybiórcza interpunkcja i częste stosowanie niegramatycznych form lub równoważników zdania bardzo dobrze się sprawdza w przypadku dynamicznych scen. Jako przykład można podać sytuację, w której Hig musiał walczyć o ciężarówkę z napojami - krótkie, szarpane zdania naprawdę potrafiły oddać emocje, jakimi targany był główny bohater i kolejne linijki czytało się z zapartym tchem.

Jeżeli miałbym wskazać jakiś motyw przewodni tej powieści, to pewnie byłoby to poczucie straty. O stracie bohater mówi często i odnosi się ona do wszelkich aspektów jego życia - utraty rodziny, utraty kontaktu z ludźmi, nawet utraty swoich ulubionych sposobów spędzania czasu (pstrągi wyginęły). Równie ważne są próby pokonania samotności, rozpaczliwych starań nawiązania kontaktu z innymi ludźmi.

Im bilżej jednak końca, tym historia coraz mniej trzyma przy czytniku. Wydarzenia tracą impet, następuje dłuższa chwila wytchnienia dla bohatera, ale niewiele z tego wszystkiego wynika. Ostatnie rozdziały czytałem chyba dwa razy wolniej niż pierwsze pół książki. Może to ze względu na małą różnorodność wydarzeń, pewien powtarzający się schemat, brak solidnego kierunku, w którym całość zmierza.

Gwiazdozbiór psa oceniam jednak bardzo pozytywnie. Na poletku powieści postapo ta nie wyróżnia się znacznie, ale przynajmniej odchodzi od wyświechtanych tematów wojny nuklearnej czy zombie. Historia kusi realistycznym podejściem do tematu i całkiem nieźle z niego wybrnęła. Polecam wszystkim miłośnikom gatunku.

Ocena: 7+/10


Plusy:
+ ciekawie, realistycznie przedstawiona zagłada
+ historia, w której chodzi o coś więcej niż zwykłe przetrwanie
+ niewielki krąg ciekawych bohaterów+ sceny akcji zapierają dech w piersi

Minusy:
- akcja wyraźnie zwalnia mniej więcej w połowie powieści
- brak wyraźnego kierunku fabuły
- napięcie opada a potem już nie wraca

poniedziałek, 24 lutego 2014


Nowy regulamin VirtualoImage courtesy by patrisyu - www.freedigitalphotos.net

25 lutego w życie wchodzi nowy regulamin w Virtualo, który każdy klient sklepu musi zaakceptować, aby dalej z niego korzystać. Regulamin owy pełny jest prawniczego bełkotu i niegramatycznych zdań wielokrotnie złożonych, co jest typowe przy wprowadzaniu rozwiązań ograniczających klienta. W praktyce może to oznaczać tyle, że jakiś pulchny pan lub pani z managementu stwierdziła "ten dozwolony użytek to mi się nie podoba, weźcie jakoś to zablokujcie". No i pan lub pani mecenas siedzi nad tym regulaminem i mimo, że wie, że życzenia swojego przełożonego spełnić nie sposób, to tworzy jakieś formułki, które kompletnie nic nie znaczą, bo jak wiadomo regulamin ustawy obejść nie może.

Przeanalizujmy zatem niektóre z postanowień regulaminu Virtualo.

§1 DEFINICJE: 1. Użyte w niniejszym Regulaminie zwroty i definicje będą miały poniżej przedstawione znaczenie: d) „TREŚCI MULTIMEDIALNE” – oznacza znajdujące się w aktualnej ofercie Sklepu produkty w formatach elektronicznych, w tym w szczególności e-Booki (zapisany w formacie cyfrowym utwór literacki), audiobooki (zapisana w formacie cyfrowym ścieżka dźwiękowa zawierająca odczytany przez lektora utwór literacki) oraz e-prasa (zapisane w formacie cyfrowym wydania prasy codziennej, tygodników oraz miesięczników); c) „PRODUKTY” – oznacza znajdujące się w bieżącej sprzedaży w ramach Sklepu produkty w postaci m.in.. Treści Multimedialnych oraz czytników elektronicznych;

Tutaj akurat nie mam żadnych zastrzeżeń, ale należy zacytować te definicje dla porządku, Virtualo będzie się do nich odnosić w kolejnych paragrafach (lol) swojego regulaminu.

1. Nie będziesz odstępował od umowy.

Prawo odstąpienia od umowy zawartej na odległość przysługujące konsumentom to jedno z najważniejszych uprawnień konsumenckich, które staje się standardem w Unii Europejskiej. Zgodnie z przepisami obowiązującymi w Polsce, klient ma prawo odstąpić od umowy w ciągu 10 dni od dostarczenia towaru lub w przypadku usług - w ciągu 10 dni od zawarcia umowy o ich świadczenie. Warunkiem wyłączającym możliwość skorzystania z tego prawa jest rozpoczęcie świadczenia usługi. Jak wygląda to prawo w regulaminie Virtualo?

§ 8 ODSTĄPIENIE OD UMOWY, ZAKUPU: 2. Klient będący konsumentem w przypadku zamawiania Produktów w postaci Treści Multimedialnych wyraża zgodę na udostępnienie przez Virtualo Treści Multimedialnej niezwłocznie po dokonaniu Zakupu i potwierdzeniu jego realizacji przez Virtualo oraz przed upływem 10 dniowego okresu uprawniającego Klienta do odstąpienia od umowy zakupu Treści Multimedialnej. Z uwagi na powyższe, stosownie do regulacji art. 10 ust. 3 pkt 1), ustawy dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (Dz. U. z dnia 31 marca 2000 r.) Klientowi nie przysługuje prawo do odstąpienia od umowy o zakupu Treści Multimedialnej w trybie przewidzianym w art. 7 ust. 1 ww. ustawy, co Klient niniejszym przyjmuje do wiadomości i na co wyraża zgodę.

Ktoś wymyślił sobie, że jeżeli klient wyrazi zgodę na pozbawienie go praw, to tak też się stanie. Otóż nic bardziej mylnego i wie to każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie w tej materii - obowiązywanie przepisów ustawy, na którą się Virtualo powołuje nie zależy od oświadczenia woli żadnej ze stron. Co tak naprawdę tutaj się stało? Virtualo interpretuje rozpoczęcie świadczenia usługi jako moment, w którym ebook zostaje umieszczony na półce do pobrania. Nie istnieje w tej materii żadne orzecznictwo, którym można by poprzeć takie lub przeciwne stanowisko, więc jest to kwestia otwarta do interpretacji.

Każdy szanujący się sklep daje możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni od dokonania zakupu, jeżeli ebook nie został ściągnięty na dysk. Jest to rozwiązanie stosowane także przez sklepy sprzedające cyfrowo gry. Dla przykładu, tak interpretował te przepisy gigant branży gier - Electronic Arts, a ich raczej stać na dobrych prawników, prawda?

2. Nierealnych ofert składał nie będziesz

13. Po złożeniu przez Klienta oferty oraz po dokonaniu płatności Klient otrzyma od Virtualo wiadomość elektroniczną (...) zawierana jest umowa sprzedaży Produktu na warunkach wynikających z niniejszego Regulaminu oraz Załączników do niniejszego Regulaminu dotyczącego nabywanego przez Klienta Produktu.

Tutaj pojawiają się nawet dwie zabawne rzeczy w jednym ustępie. Virtualu uznaje sprzedaż np. ebooków za umowę sprzedaży, a nie świadczenia usług, więc zapisy o odstąpieniu od umowy nie mają w tym przypadku za bardzo sensu. W przypadku umowy sprzedaży bowiem konsument ma prawo do jej odstąpienia w ciągu 10 dni od momentu dostarczenia towaru, jak już było wspomniane i w żaden sposób tego prawa anulować się nie da.

Co jeszcze śmieszniejsze, zdaniem prawników Virtualo to klient składa ofertę zakupu sklepowi. Jest to całkowicie oderwane od rzeczywistości rozwiązanie. W sytuacji normalnej, to sklep składa ofertę sprzedaży przez wystawienie ceny produktu do publicznej wiadomości.  Klient może tę ofertę zaakceptować i wtedy dochodzi do zawartcia umowy.

Jakie są tego konsekwencje? Ano takie:

14. W przypadku braku możliwości realizacji złożonej przez Klienta oferty Klient otrzyma od Virtualo wiadomość e-mail wskazująca na braku akceptacji oferty przez Virtualo. Brak potwierdzenia zamówienia w terminie 7 (siedmiu) dni od daty dokonania przez Klienta płatności oznacza odmowę realizacji zamówienie przez Virtualo. W przypadku wskazanym w zdaniu poprzedzającym Virtualo niezwłocznie zwraca Klientowi uiszczoną przez niego cenę nabycia Produktu.

Virtualo daje sobie możliwość odmowy realizacji zamówienia z przyczyn dowolnych. Oczywiście taki zapis w regulaminie ma chronić sklep w przypadku, w którym nie będzie możliwa realizacja zamówienia, bo np. wygasła licencja, lub kod promocyjny okazał się nieważny, czy też cena w sklepie była niższa, niż być powinna. Ale do tego nie potrzeba takich szemranych punktów w regulaminie. Słabo też wygląda sytuacja, w której klient musi czekać aż 7 dni od złożenia oferty (lol), aby się dowiedzieć, że jego zamówienie nie zostanie zrealizowane. W dalszych podpunktach regulaminu pojawiaja się informacja, że na zwrot pieniędzy Vritualo wyznacza sobie 30 dni. Nie jest to nic, o co należałoby marszczyć czoło. Większość sklepów co prawda szybciej zwraca pieniądze, ale na zwrot pieniędzy nie ma jakiegoś z góry określonego prawnie terminu.

3. O dozwolonym użytku zapomnisz

11. Klient ma prawo korzystać z Treści Multimedialne na własny użytek.

Własny użytek to nie dozwolony użytek prywatny! Virtualo w tym miejscu stara się jak może, żeby wyłączyć swojego produkty spod dozwolonego użytku. I znowu robi to nieudolnie, bo takie wyłączenia nie mogą mieć miejsca. Własny użytek, to użytek wyłącznie osobisty, bez możliwości wypożyczenia lub sprzedaży książki znajomemu. Dozwolony użytek z kolei taką możliwość uznaje i postanowienia ustawy o prawie autorskim itd. mają tutaj bezwzględne pierwszeństwo.

4. Zabezpieczeń usuwał nie będziesz

13. Klient nie jest uprawniony do: d. usuwania oznaczeń właściciela oraz technicznych zabezpieczeń z Treści Multimedialnej,

Jest to kolejny zapis, który nie ma żadnego pokrycia w obowiązującym prawie. Zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych, usuwanie zabezpieczeń jest zabronione tylko wtedy, kiedy obchodzenie zabezpieczeń prowadzi do bezprawnego korzystania z utworu. Tym samym, jeżeli usuwasz DRM lub znaki wodne, aby korzystać z kupionego ebooka zgodnie z prawem, tj. w ramach użytku własnego lub dozwolonego użytku, to nikt ci nie może tego zabronić. (Patrz art. 79 ust. 6 ustawy o prawie autorskim itd.)

Podsumowanie

Zanim przejdę do podsumowania, wkleję jeszcze jeden punkt regulaminu, który przyprawił mnie o banana na twarzy.

14. Virtualo udziela Klientowi Licencji na korzystanie z Treści Multimedialnej na nie więcej, niż 99 (słownie: dziewięćdziesiąt dziewięć) odrębnych urządzeniach (telefon, tablet, komputer itp.).

 To chyba taki typowy zapis regulaminowy for the lulz. Sensu żadnego nie ma, zastosowania praktycznego też nie, ale jest zabawnie i wszyscy są zadowoleni.

Reasumując, nowy regulamin Virtualo to mokradła, pełne niebezpiecznych rozpadlin i ruchomych piasków. Virtualo za nic ma poszanowanie swoich klientów i wszystko, do czego zmierza ten regulamin, to maksymalne ograniczenie praw konsumentów.

Jak można z tym walczyć? Oczywiście można by próbować swoich sił u Powiatowego Rzecznika Konsumentów, tylko w walce z takimi gigantami jak EmpiK mogą to być wysiłki płonne. Ja po prostu nie wydam u nich ani złotówki, bo i po co? Większość pozostałych sklepów mnie szanuje.

piątek, 21 lutego 2014

Marcin Bruczkowski - Bezsenność w Tokio

Bezsenność w Tokio Bruczkowskiego to niesamowita przygoda dla Czytelnika. Na niespełna czterystu stronach z nieznikającym bananem na twarzy przemierzałem razem z autorem kolejne etapy jego życia w "kraju wschodzącego jena". Choć zdaję sobie sprawę z tego, że wartość merytoryczna tej pozycji przez dwie dekady się znacznie zdezaktualizowała, jestem przekonany, że nadal można z tej książki wyciągnąć wiele przydatnych informacji o tym, jak wygląda życie cudzoziemca w jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na ziemi.

Od początku Czytelnik śledzi zmagania autora z japońską rzeczywistością. Pierwsze mieszkanie - zaledwie kilka metrów kwadratowych, co i tak jest pewnym luksusem, bo apato jest w dość dogodnej lokalizacji. Nieustanne braki gotówki popychają do kombinowania, jakby tu przeżyć za niemałe pieniądze w mieście, gdzie wszystko kosztuje krocie, i tak dalej, i tak dalej... Pierwsze rozdziały są wręcz przepakowane ciekawostkami i informacjami dotyczącymi realiów panujących w Tokio. Wszystko podane jest w lekkim sosie, przypominającym gawędę i przyprószone dużą dawką humoru.

Gajdzin Marcin spotyka brata gajdzina - Irlandczyka. Ta przyjaźń to zresztą najbardziej trwałe spoiwo w tej opowieści. Pozostała plejada charakterów przychodzi i odchodzi, często bez większego komentarza, co niestety rozczarowuje. Autor zresztą zasypuje czytelnika masą zdjęć i szczegółów dotyczących jednych osób, by potem kolejne osoby potraktować po macoszemu. Może wynika to z zastrzeżeń samych zainteresowanych i próba ochrony ich prywatności?

Trudno jednoznacznie zaklasyfikować tę pozycję. Najbliżej jej chyba pamiętnikowi, bo nie da się tego raczej zakwalifikować jako literatury faktu - było nie było jest to obraz Japonii widziany oczami jednego człowieka, a więc niekoniecznie obiektywny. Z tym zresztą jest największy problem w tej książce - niesamowite sytuacje, które przytrafiają się autorowi są momentami tak nieprawdopodobne (masa szczęśliwych zbiegów okoliczności), że trudno oprzeć się wrażeniu, że autor jest jednak mitomanem i znacznie ubarwia historie swojego życia.

Największe zgrzyty, które umniejszały moją przyjemność z czytania dotyczyły cwaniakowania, jakim cechuje się autor. Podejście na zasadzie "co to nie ja, lepiej uważaj, skośnooki, bo cię postraszę ambasadą" mogą robić wrażenie podczas historyjek przy piwie, papier znosi takie przechwałki znacznie gorzej.

To cwaniakowanie prowadzi do dość lekceważącego podejścia do kobiet. Naszkicowano obraz cudzoziemca, który do Japonii przyjeżdża między innymi po to, żeby "zaliczyć" kilkanaście ślicznych Japonek. O znacznej większości postaci kobiecych czytający dowie się w zasadzie tylko tyle, że są ładne i mają lub nie mają biustu. Trochę to grubiańskie, ale na szczęście te fragmenty nie są aż tak liczne, można je zatem przeboleć.

Sama pozycja jest zresztą bardzo nierówna. Pierwsze rozdziały to istne cudo, porwał mnie bez reszty zwłaszcza opis podróży autostopem przez Japonię - czyta się to jak naprawdę dobrą opowieść przygodową. Potem jest różnie. Nieudane podboje miłosne Seana nie interesowały mnie za bardzo, a kolejna podróż całej paczki na wczasy nie interesowała mnie już wcale. Zwłaszcza ten przedostatni rozdział rozczarowuje. W zasadzie jest to zapis prywatnych przeżyć autora, bez żadnej wartości dodanej dla czytelnika.

To, co na pewno uderza czytającego pod koniec tej książki to nieustające poczucie, że obcokrajowiec w Japonii nigdy nie będzie się czuł swobodnie. Zawsze będzie tym obcym, zawsze będzie traktowany jak dziwadło. Nie wynika to ze strasznej niechęci autochtonów, raczej z niewiedzy i obawy przed obcymi. To główny powód dla którego większość obcokrajowców po pewnym czasie jednak wraca do ojczyzny...

Bezsenność w Tokio to pozycja obowiązkowa dla miłośników Japonii i wszystkiego, co z nią związanego. Autor celnie obala wiele mitów i nieporozumień, związanych z rozumieniem japońskiej kultury przez Zachód, co na pewno zmieni obraz przeciętnego Japończyka w oczach czytającego. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że część informacji zdążyła się zdezaktualizować, część jest pewnie podkoloryzowana i nie do końca w pełni oddająca rzeczywistość. Z takim podejściem można czerpać nieukrywaną przyjemność z lektury i razem z autorem odbyć podróż po tym fascynującym miejscu.

Ocena: 7/10

Plusy:
+ mnogość ciekawostek z kraju kwitnącej wiśni;
+ lekka narracja, pełna (czasem suchego) humoru;

Minusy:
-
niektóre informacje są już nieaktualne;
- czasami drażni rozbuchane ego autora


wtorek, 18 lutego 2014

cŻółte ptaki - okładka

Bez owijania w bawełnę - Żółte ptaki nie są dziełem wybitnym. Miejscami wręcz zahaczającym o marność. Nie zmienia to jednak faktu, że zapoznać się z nimi warto. Wciąż niewiele jest bowiem powieści, które podejmują problem współczesnych konfliktów zbrojnych i jej dewastującego wpływu na życie młodych żołnierzy. (Pewnie, jest na przykład Generation Kill, które polecam gorąco znającym dobrze angielski. Można obejrzeć też serial o tym samym tytule). Wielka szkoda, że jest to lektura w zasadzie na jeden, góra dwa wieczory...

Żółte ptaki traktują o wojnie w Iraku. Abstrahując od politycznego wymiaru tego konfliktu, trzeba na wstępie zaznaczyć jedno - nie był to konflikt łatwy, lekki i przyjemny i amerykańścy żołnierze mieli tam po prostu przerąbane. Po raz pierwszy na taką skalę miały miejsce starcia nie tylko z umundurowanym wrogiem, który atakował otwarcie, ale także ubranymi w cywilne stroje bojownikami. Zamachowcy-samobójcy, zaminowane wraki samochodów i zwłoki były codziennością. Nietrudno domyślić się jak poczucie zagrożenia czającego się za każdym rogiem może wpływać na psychikę zwykłego szeregowca. I z tego tematu Kevin Powers wybrnął całkiem dobrze.

Głównym bohaterem powieści jest Peter Bartle (Bart), który w wieku niewiele przekraczającym 21 lat zaciągnął się do wojska i został wysłany na misję do Iraku. Krótko przed wyjazdem popełnia wielki bląd - obiecuje matce jednego z żołnierzy, że przywiezie go do domu żywego. Kiedy jego przełożony się o tym dowiaduje, spuszcza mu solidny łomot. Bart nie od razu pojmuje, dlaczego nigdy nie powinien był skadać obietnicy, której nie może dotrzymać...

Paradoksalnie to właśnie historia tego drugiego żołnierza (ksywka Murph) jest najbardziej poruszające w tej historii. Główny bohater jest przytłoczony ciężarem swojej obietnicy i widok towarzysza broni, który "w zasadzie już jest martwy" odbija się nieodwracalnie na jego psychice. Jakby było mało nieprzemijającego widoku rozkładających się ciał, pożerających je psów i umierających w krzyku kolegów...

Rozdziały opisujące przebieg misji, na którą wysłani zostali Bart i Murh przetykane są sekcjaim dotyczącymi życia Barta po powrocie z misji. To zabieg bardzo udany. Czytelnik ma przed sobą obraz tego, że mimo upływających lat, główny bohater nadal nie jest w stanie powrócić do funkcjonowania w normalnym życiu. Nabiera jednak dystansu i perspektywy, która pozwala mu znacznie trzeźwiej ocenić swoje zachowania i wybory z tamtego feralnego okresu. Gdybym miał wybierać, czy wolę część książki dotyczącą konfliktu bezpośednio czy jego wpływu po latach, chyba nie zdecydowałbym się na wskazanie jednego faworyta - obie części stanowią spójny obraz.

-Sierżańcie, proszę... Niechże mi pan powie.
Spojrzał na mnie. Dotarło do mnie, że jest tak samo zmęczony jak ja. Zaskoczyło mnie to.
- No dobra, tamten gość płakał - odezwał się Sterling - Powiedział coś w stylu: "Kurwa, umieram, nie?", a ja na to: "No, chyba tak". Płakał coraz bardziej, aż nagle przestał, a ja czekałem aż będzie mówił dalej. No wiesz, jak na filmach, czy coś w tym rodzaju.

  Przedstawiony obraz pola walki uderza autentyzmem. Nie ma się co dziwić, autor powieści  sam przecież jest weteranem tego konfliktu. Brak w tej pozycji górnolotnych ideałów, mistycyzmu tak typowego w większości dzieł dotyczących drugiej wojny światowej. I to jest najsilniejsza część powieści. Krajobraz wojny to po prostu paskudne miejsce. Mimo, że na pierwszy rzut oka żołnierze w konflikcie jawią się jako pozbawione emocji maszyny do zabijania, to czytelnik szybko uczy się, że jest wręcz odwrotnie. To zwykły mechanizm psychologiczny mający za cel radzenie sobie z potwornościami, których są uczestnikami każdego dnia. Zespół stresu pourazowego pojawia się znacznie później, wielokrotnie dopiero po powrocie do domu.

 Żółte ptaki nie są tworem idealnym. Jednym może się podobać język kwiecistych metafor, których używa autor do opisu przebiegu działań wojennych i faktycznie mogą one urzekać. Personifikacja wojny jako prawdziwego wroga amerykańskich żołnierzy, porównywanie uderzeń pocisków moździerza do stalowej pięści, która wybija uderzania w ziemię pod stopami walczących zapadają w pamięć na długo. Ale nie obywa się bez zgrzytów. Wielokrotnie te metafory zaczynają niebezpiecznie balansować na granicy kiczu. Można przeczytać, że umarli "mają alergię na życie", oraz że chmury "zalegały nad Atlantykiem niczym brudna pościel na nieposłanym łóżku" - trudno nie parsknąć ze śmiechu przy takich opisach, a to raczej nie było zamiarem autora.

Rozczarowująca jest też długość powieści. Pomijając różne sztuczki edytoskie mające na celu optyczne zwiększenie objętości książki, tekstu jest tu na niecałe 200 stron. Oczywiście, jak to się mawia, nie długość ma znaczenie. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że Żółte ptaki wiele by zyskały na bardziej obszernym zarysowaniu konfliktu. Czytając Żółte ptaki ma wię nieodparte wrażenie, że akcja toczy się zbyt szybko, trwa zbyt krótko i kończy się nagle. Zwłaszcza, że w jej trakcie pojawia się bardzo interesujący wątek zbrodni wojennych, który sam w sobie wystarczyłby pewnie na kolejną powieść.

Mimo tych drobnych zgrzytów poleciłbym Żółte ptaki każdemu. Jest to powieść o tyle ważna dla kreowania obrazu współczesnych konfliktów zbrojnych, że mogą ją przeczytać nie tylko osoby zainteresowane tematem - Kevin Powers skutecznie odbrązawia wizję wojny jako wydarzenia, które "robi z chłopców mężczyzn" i jest pełne heroicznych czynów i wielkich poświęceń. Jest wręcz przeciwnie - chłopcy wysłani na wojnę mężczyznami już nigdy nie będą i niezależnie od tego, jaki Czytelnik ma pogląd na polityczną stronę konfliktu - nie sposób nie zostać tą konkluzją porażonym z siłą pocisku wysokiego kalibru.

 

Ocena: 8/10

Plusy:
+
realistyczny obraz współczesnych konfliktów zbrojnych;
+ interesująca warstwa psychologiczna utworu;
+ bardzo bogaty język metafor...

Minusy:
- ... które jednak czasami trącą kiczem;
- za krótka!

czwartek, 13 lutego 2014

Silmarillion okładka angielska

Ufff... Muszę przyznać, że przeczytanie Silmarillionu nie należało do zadań najłatwiejszych. Czytelnika od samego początku zalewa ogrom imion, pojęć i nazw geograficznych, niczym w średniowiecznej kronice. I taki jest zamysł autora, bo opowieści zebrane w Silmarillionie czyta się jak kronikę właśnie.

Albo Biblię.

Nie jest to skojarzenie przypadkowe. Jakby nie patrzeć, większość opowieści w niej zawartych ma w sobie odopwiednik biblijny. Na początku istniał Eru (Bóg), który do życia powołał swoje zastępy (Ainurów), którzy z kolei posiadają swoich mniejszych popleczników (Maiarów). Eru jest zresztą stwórcą świata, w którym żyją jego dzieci - Quendi, którzy są zresztą nieśmiertelni. Zamieszkują Valinor, który do złudzenia przypomina ogrody Edenu. Są nawet święte drzewa. Jeden z Ainurów buntuje się i staje się Tolkienowskim odpowiednikiem Szatana. Kusi dobre dzieci Illuvatara do czynienia złego i zabijania siebie nawzajem. Sami Quendi w pewnym momencie zresztą buntują się przeciwko swoim dobrym panom i zostają za to odcięci z rajskiej krainy i zostają zmuszeni do życia w Śródziemiu.

Brzmi bardzo znajomo, prawda? Do tego dochodzi jeszcze biblijny Potop w postaci zatopienia Numenoru, pojawienie się śmiertelnych ludzi, których czeka obietnica życia po śmierci i kilka innych szczegółów, a mamy obraz do biblijnego bardzo zbliżony. Tolkien zresztą zawsze wyraźnie podkreślał, że Arda (bo tak nazwał planetę, którą wykreował w swojej wyobraźni) to po prostu Ziemia i wszystkie wydarzenia, które opisał to relacja z prawdziwych zdarzeń z historii świata. Genialne w tej wizji jest to, że według niej Ziemia kiedyś faktycznie była płaska, ale została zakrzywiona w pewnym momencie przez Valarów.

Sedno opowieści natomiast skupia się wokół tytułowych Silmarilli - wspaniałych klejnotów stworzonych przez jednego z elfów i okrutnych wojen, które toczyły się o zdobycie ich na własność. Jednak ponownie jak w przypadku Władcy Pierścieni nie to jest w tej opowieści najważniejsze. Nie liczy się cel, a droga, jaką bohaterowie pokonują, aby go osiągnąć.

Czy to źle?

I tak, i nie. Podobnie jak historie biblijne tak i tutaj wydarzenia imponują swoim rozmachem i ogromnymi konsekwencjami dla historii świata. Ale z drugiej strony, jak tylko Czytelnik zorientuje się, którą tym razem opowieść biblijną stara się opowiedzieć po swojemu Tolkien, będzie mógł się z góry domyślić, jakie będzie zakończenie tej historii. No chyba, że akurat z nienacka zastosuje swoje typowe deus ex machina w postaci ogromnych orłów.

Jak już wspominałem, Silmarillion momentami czytałem z trudem. Działo się tak dlatego, że rozdziały napisane w stylizacji przepięknej baśni, które pochłania się z zapartym tchem poprzetykane są rozdziałami... kronikarskimi. Kto jest synem kogo, gdzie się urodził, ile staj miała rzeka, przy której zamieszkał i tym podobne mogą zaciekawić w zasadzie tylko największych fanatyków. A i oni pewnie by musieli czytać te rozdziały podróżując palcem po mapie i wtykając w nią pinezki.

Mimo to z Silmarillionem na pewno warto się zetknąć, bo jest to niezaprzeczalny klasyk gatunku fantasy, który dał podwaliny całym pokoleniom kolejnych autorów. Nie znać tej Biblii Tolkiena jest po prostu wstyd. A gdybym miał wybierać, którą z wersji stworzenia świata wolę... zdecydowanie obstaję przy Tolkienie.

Ocena: 8/10

Plusy:
+
przepiękna historia stworzenia świata i jego dziejów,
+ liczne minihistorie wciągają jak dobra baśń,
+ pojawiają się liczne imiona, które są znane każdemu fanowi Władcy Pierścieni.


Minusy:
- licznie fragmenty poprzetykane dziesiątkami nazw, które przeciętnemu czytelnikowi nic nie mówią,
- Konstrukcja wielu opowieści jest bardzo zbliżona do treści Starego Testamentu (zabieg celowy)

(Zdaję sobie sprawę z tego, że ocenianie takich klasyków jest bardzo ryzykowne, ale jakaś sumaryczna ocena pojawić się powinna)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Book Rage - Kochamy książki

Obcykani w tematyce ebooków na pewno wiedzą o co chodzi. Nowy Book Rage już jest! A tym, którzy nie widzą, spieszę z pomocą - jest to pakiet ebooków działający za prostej zasadzie - płacisz, ile chcesz a w zamian dostajesz książki. Tym razem w liczbie pięciu. Jeżeli natomiast postanowisz zapłacić więcej niż obecnie wynosząca średnia - dostaniesz książki bonusowe.

Prawda, że brzmi pięknie? I takie właśnie jest. Nie jest to pomysł całkiem nowy, opiera się na sprawdzonej już metodzie zapoczątkowanej (chyba) przez Humble Bundle, które najpierw sprzedawało tylko gry, a obecnie już w sumie wszystko jak leci.

Obecnie w pakiecie możemy natrafić na niezłą perełkę i to bez konieczności przebijania średniej - Sherlock Holmes - Apokryfy. Są to nigdy niewydane wcześniej w Polsce opowiadania spoza kanonu przygód słynnego detektywa. Gratka przede wszystkim dla największych fanów, bo można się domyślić, jakie są powody, dla których opowiadania te nie trafiły do kanonu i w zasadzie niemal zginęły w odmętach historii.

Dla marud przygotowano jeszcze kilka ciekawych pozycji, o których nie będę się rozwodził - wystarczy wejść na stronę pakietu i o nich poczytać. Dość wspomnieć, że mamy do czynienia z przekrojem gatunkowym - fantasy, horror, s-f i nie tylko, w formie zarówno zbiorów opowiadań jak i pełnoprawnych powieści.

Co dalej?

Nie jest to zresztą pierwszy pakiet, nie będzie pewnie też najbardziej udanym (chociaż, kto wie?) Poprzedni, zawierający zbiór twórczości Janusza Zajdla okazał się strzałem w dziesiątkę. Panowie postanowili iść za ciosem i kolejne pakiety będą ukazywać się z pewną dozą regularności, choć pewnie nie tak często jak wspomniane wcześniej pakiety Humble Bundle.

Jeżeli miałbym pokusić się o jakieś pomysły na przyszłość, warto byłoby otworzyć sklep z pojedynczymi książkami, które były wcześniej w pakietach. Oczywiście nie od razu, żeby ludzie nadal chcieli kupować te paczki. W najnowszym zestawie mamy kolejne książki autorów, którzy już pojawiali się w poprzednich zestawach - fajnie byłoby móc kupić je wszystkie, nawet jeśli się przegapiło poprzednie okazje.

Oprócz tego może warto by było spróbować z nieznanymi, młodymi autorami? Self-publishing jest coraz popularniejszym trendem i choć zdaję sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie inwestowanie w całkowicie "anonimowych" autorów, to z drugiej strony odpada wiele problemów związanych z uzyskiwaniem praw od spadkobierców zmarłych autorów, itd. itp. Choć kontrola jakości może nie być taka łatwa...

Taką drogę wydaje się obierać Story Bundle , ale tam już po samych okładkach widać, że nie są to pozycje najwyższych lotów.

Pozostaje mieć nadzieję, że Book Rage będzie tylko rósł w siłę i kolejne pakiety będą jeszcze lepsze. Ten jest wyśmienity!

17:24, zamekblyskawiczny , Książki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 stycznia 2014

Świecenie oczami jako metoda obronyObrazek ze strony freedigitalphotos.net autorstwa Gualberto107

Ostatnio rozbawiła mnie wieść o tym, że Katarzyna Pakosińska najprawdopodobniej podpierdoliła ponad połowę swojej wspaniałej książki z internetu. Nie byłoby w tym nic śmiesznego, w końcu trudno wymagać od celebryty, żeby był mistrzem pióra i potrafił wypocić cokolwiek więcej niźli kabaretowy skecz (zresztą, pewnie i tak skecze pisali jej "chłopcy"). Najzabawniejsze w tym są jej tłumaczenia.

"Książka jest moim debiutem. Włożyłam w nią wiele pracy i serca, do wszystko podchodziłam bardzo emocjonalnie. Może dlatego przyniosła mi również kłopoty..." (cyt. za natemat.pl)

Czyż to nie jest przepiękne? Na tym etapie już ani "autorka", ani nawet wydawnictwo nie udają, że do "zapożyczeń" doszło. Chciałbym też wiedzieć ile serca należy włożyć, żeby podwędzić 240 stron z książki, pod którą się podpisuje imieniem i nazwiskiem. Jeżeli do plagiatu doszło (a na to wszystko wskazuje), to książka bezwzględnie powinna zostać wywalona w kosmos, najlepiej prosto w kierunku Słońca.

Ale tak dobrze to nie będzie! Bo dalej Pakosińska mówi:

"Nie wydrukowaliśmy map, omyłkowo nie oznaczyłam niektórych cytatów, a część była opisana niepoprawnie, do tego nie dołączyliśmy całości grafik rysowanych przeze mnie tuż przed oddaniem do druku... Jednak wszystkie te błędy były niezamierzone i na pewno będą poprawione w kolejnych wydaniach" (cyt. za natemat.pl)

Tak, nie macie omamów wzrokowych - "autorka" planuje (być może wraz z wydawcą) "poprawienie" książki w taki sposób, żeby oznaczyć prawidłowo cytaty. Być może się mylę, ale publikowanie książki, która w całości się składa z cytatów i w zasadzie nie zawiera pracy twórczej (poza twórczym kopiowaniem) nie powinna być publikowana tak samo, jak zwykły plagiat. Może i byłoby to legalne, ale to wciąż zarabianie na cudzej pracy.

Jeżeli ja miałbym się posunąć do jakiejkolwiek rady dla Katarzyny Pakosińskiej (w końcu oboje jesteśmy "debiutantami") - niech pani kariera dalej opiera się na głośnym śmiechu - proszę. Chociaż po tym wszystkim ten śmiech może nabrać zupełnie nowego brzmienia.

A prawdziwym autorom treści znajdujących się w tej książce życzę powodzenia w dążeniach do uzyskania należytego odszkodowania.



| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30