Kategorie: Wszystkie | Autor | Gry | Książki | Seriale/Filmy | Wydarzenia
RSS

Seriale/Filmy

sobota, 05 kwietnia 2014

Gra o tron

Naprawdę nie rozumiem fenomenu "Gry o tron". Moim zdaniem jest to serial (bo o serialu tutaj mowa, książek nie czytałem i po próbie przeczytania pierwszego tomu raczej nie zamierzam...) zdecydowanie przereklamowany, do granicy absurdu. Tuż przed premierą kolejnego sezonu, która już niedługo, można z daleka wyczuć narastającą ekscytację fanów i mediów. Co ciekawe, nie tylko mediów branżowych, ale także mainstreamowych. Zupełnie nie pojmuję, co jest tak urzekającego w serialu, w którym nie ma postaci, którym by można kibicować. Owszem, byli fani Neda Starka, byli wielbiciele jego syna, są także zwolennicy Danny.

Tylko, że w świecie wykreowanym przez GRRM takie kibicowanie nie ma w ogóle sensu. Dwóch pierwszych przeze mnie wymienionych już nie żyje, a w wątku Daenerys nie dzieje się w zasadzie nic. Współczuję fanom jej postaci, skoro dostaje ona jakieś 20 sekund na odcinek. Gdyby to jeszcze były wyjątki! Nie wiem, dlaczego ludzie tak reklamują znak firmowy Martina polegający na uśmiercaniu postaci w najmniej oczekiwanym momencie. Po pierwsze, kiedy ginie po kolei kilka ważnych postaci, to te śmierci nie są już wcale nieoczekiwane. Po drugie, nie ma chyba nic bardziej żenującego, niż kolejna postać, która ogłasza buńczucznym tonem, kogo to ona nie zniszczy, czego to nie podbije, by potem umrzeć na sraczkę w odcinku później. Wszelkie deklaracje, przygotowania do wojny, itd. pozostają całkowicie bez konsekwencji.

To mordowanie postaci miałoby jedną zaletę - eliminację zbędnych i nużących się wątków, gdyby nie to, że Martin na ich miejsce zwykle wciska 10 kolejnych. Które obchodzą mnie jeszcze mniej, bo mniej o nich wiem i każda z nich i tak jest na ekranie mniej, niż cycki Ros w pierwszym sezonie. 

Gra o tron jest także jednym z najdroższych seriali w historii telewizji. Szkoda, że znowu tego nie widać. Pojedynki na miecze wyglądają jak walka anemików o kawałek wątróbki, bitwy wyglądają słabiej niż rekonstrukcje zorganizowane przez studentów na dni kultury.

Po co śledzić ten serial? Naprawdę nie rozumiem, przecież są znacznie lepsze alternatywy, które polecam wszystkim, którzy chcą oglądać bohaterów ginących na polu bitwy, a nie na kiblu:

Vikings

Vikings

Vikings od History Channel to serial ze wszech miar lepszy od Gry o tron. Po pierwsze mamy tutaj kilka naprawdę ciekawych postaci, którym warto kibicować i których losy śledzi się z wypiekami na twarzy. Legendarny Ragnar Lodbrok, syn Bjorn, żona Lagertha, jego kompan Floki i jeszcze kilka charakterów to naprawdę zróżnicowana kompania, w której każdy znajdzie swojego faworyta. Zachwyca przede wszystkim aktor wcielający się w postać Ragnara, którego lekki "świr" wywołuje banana na twarzy w każdej scenie. Ci, którzy wolą większy odjazd, mają Flokiego, który zachowuje się tak, jakby był ziemską inkarnacją samego boga Lokiego. Lagertha powinna przypaśc do gustu kobietom, którym zbrzydł już widok kurtyzan z Gry o tron oraz nijakiej Danny i chcą zobaczyc kobietę, która kopie tyłki, kiedy trzeba.

Kolejną ważną zaletą tego serialu (jak dla mnie) jest oparcie go w realiach historycznych. Oczywiście bez przekłamań się tu nie obejdzie, ale w Vikings postaci zachowują się zbliżenie do tych, które żyły w tamtym okresie. W przeciwieństwie do Gry o tron, gdzie mamy osoby, które zachowują się jak współcześni ludzie, wciśnięci w średniowieczne zamki. (choć raczej namioty, bo i na zamki budżetu nie starcza). Mnóstwo w Wikingach jest scen obrazujących obyczaje i realia życia z tamtego okresu.

Nie brakuje też scen akcji. Ze względu na znacznie mniejszy budżet niż w Grze o Tron nie należy się jednak spodziewac zbyt wielu pożarów czy wielkich bitew, ale paradoksalnie potyczek i tak jest znacznie więcej, niż w serialu opartym o książki GRRM. W końcu mowa o ludzie, dla którego przelewanie krwi to niemal codzienność. Bitwy nie są w tym serialu tylko smaczkiem, większość ma istotne znaczenie dla fabuły i poważne konsekwencje.

Jeżeli ten opis was nie zachęcił, to mam jeszcze jedną propozycję na dziś:

Spartacus - Blood and sand

Spartacus (różne sezony)

Ten serial początkowo można mylnie odebrać. Ja sam miałem z nim problem. Można odnieść wrażenie, że ten serial jeszcze bardziej do serca wziął sobie złotą zasadę HBO cycki i flaki. Po części tak jest, ale kiedy przyjąć to jako częśc pewnej konwencji, to może być to źródło czasem niezamierzonego humoru.

Spartacus: Krew i piach to pierwszy sezon historii o rzymskich gladiatorach i ostatecznie o powstaniu niewolników. Całość utrzymana jest w stylistyce podobnej do kinowego filmu 300 (w Polsce - 300 Spartan). Fontanny komiksowo wyglądającej krwi, akrobatyczne popisy, rzucający się w oczy green screen - nie każdemu to przypadnie do gustu. Mnie kupiło w całości. Ogląda się to jak czystą rozrywkę - gladiatorzy sprawiają wrażenie bogów wojny w ludzkich wcieleniach a starcia są ucztą dla oczu. Twórcy Gry o tron mogliby się uczyć od Spartacusa jak należy przedstawiać starcia większych armii - mimo ułamka budżetu, jakim dysponowało Starz, udało się pokazać je znacznie bardziej epicko niż w serialu HBO. Zwłaszcza finałowa bitwa z ostatniego sezonu powoduje opad szczeny.

Spratacus to także popis świetnej gry aktorskiej. Niestety, aktor grający główną rolę zmarł przed zakończeniem całej historii, ale jego nastepca po pewnym czasie także daje radę, by w finałowym sezonie całkowicie rozkwitnąć.

Polecam serial wszystkim miłośnikom czystej rozrywki, niebojącej się golizny (zarówno damskiej jak i męskiej), oczekujących soczystej akcji i barwnych bohaterów. Ja oglądałem razem z dziewczyną i ona też z czasem się przekonała. I też oglądała to znacznie chętniej, niż Grę o tron.

środa, 26 lutego 2014

Hannibal - sezon 2

Już za kilka dni, bo 28 lutego, powróci zdecydowanie najlepszy serial emitowany na łamach telewizji ogólnodostepnej w USA. Pierwszy sezon zachwycił nie tylko świeżym spojrzeniem na postać seryjnego mordercy-kanibala, Hannibala Lectera, ale przede wszystkim odświeżył zmruszałą formułę procedurali.

W Hannibalu tzw. "sprawy tygodnia" stanowiły tylko tło dla opowieści o paranoi i szaleństwie. Will Graham, postać znana fanom Czerwonego smoka, dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom i empatii jest niezastąpioną pomocą dla FBI w tropieniu seryjnych morderców. Podczas rozwiązywania jednej ze spraw trafia na trop  Rzeźnika z Chesapeake. Chyba nie ma sensu ukrywać, że tym zbrodniarzem jest Hannibal Lecter, prawda?

Serial urzekł mnie przede wszystkim oprawą wizualną. Wiele scen wygląda na wprost wyjęte z sennego koszmaru, operowanie barwą i jej nasyceniem stoi na naprawdę najwyższym poziomie. Tak samo zresztą gra aktorska - zarówno Hugh Dancy, jak i Mads Mikkelsen sprawdzają się znakomicie. Początkowo wielu fanów uznawało, że nie może być innego Hannibala niż Anthony Hopkins - i ci fanowie mylili się. Mads Mikkelsen wykreował postać operującą na subetlnych gestach, oszczędnej mimice twarzy i wieloznacznych wypowiedziach (tutaj gratulacje należą się scenarzystom). Jest raczej oczywiste, że dr Lecter zanim został złapany nie zachowywał się tak ekscentrycznie jak chociażby w Milczeniu owiec. Gdyby tak było, zostałby złapany na miejscu.

Jeszcze odnośnie warstwy wizualnej - ten serial posiada własnego specjalistę od przygotowywania potraw! Prezentowane w kolejnych odcinkach dania wyglądają naprawdę przeapetycznie, mimo wiedzy widza, że ich głównym składnikiem jest ludzkie mięso...

Jedzenie w Hannibalu

Porażały swoją pomysłowością także sceny zbrodni - pomysłów na wykorzystanie ludzkich zwłok do szokowania widza jest tutaj co nie miera, żeby wymienić tylko farmę grzybów na nieprzytomnych ludziach, totem zbudowany ze szczątków czy wiolonczela ze strun głosowych ofiary. Trzeba to traktować umownie i z zawieszeniem niewiary, bo nie sposób uznać to za realistyczne. W końcu tydzień w tydzien otrzymujemy taką makabrę.

Jakie wyzwania stoją przed twórcami w drugim sezonie? Po pierwsze, przydałoby się skupić jeszcze bardziej na głównym wątku. Sprawy tygodnia może i cieszą oko, ale spowalniają akcję, która jest napięta jak pośladki Chodakowskiej. Po drugie, bardzo ciekawie zapowaida się kwestia uwięzienia Willa, który już wie. W jaki sposób udowodni swoją niewinność? Czy uda mu się przekonać innych, że dr Lecter jest kanibalem? Przed scenarzystami nie lada zadanie - opowiedzieć tę historię w sposób przyciągający nowych widzów. Nie ma co się oszukiwać, oglądalność seriali w USA jest odwrotnie proporcjonalna do ich jakości.

A ja mam szczerą nadzieję, że na dwóch sezonach się nie skończy.

Bon appétit!

piątek, 14 lutego 2014

Almost Human - Dorian, Kennex i MX

Tęsknię za Fringem. Od czasów przygód Muldera i Scully nie było w publicznie dostępnej telewizji dobrego serialu s-f. Fringe był wyjątkowy, mimo pozoru, że jest to tylko zwykła podróbka Archiwum X. Twórcy potrafili wykreować zawiłe ale dość spójne uniwersum, pełne oryginalnych i świeżych pomysłów. Dlatego nikt go nie oglądał. Cudem udało się wyprodukować wszystkie sezony na stacji, która jest znana z tego, że morduje bez litości wszystkie projekty z niską oglądalnością, nie bacząc na jakość. Z wielkim entuzjazjem śledziłem informacje na temat Almost Human, który już w trailerze obiecywał mieszankę Ja, Robot (filmowego), Blade Runnera i Fringe'a właśnie. Nawet tradycyjnie dokleili nazwisko J.J. Abramsa, żeby lepiej wyglądało na plakacie.

Niestety nie wyszło.

Mamy jednak do czynienia z bardzo banalnym proceduralem, który stara się łapać fanów s-f na nawiązania do kultowych dzieł (jak na przykład spelunka z pierwszego odcinka i wsuwany makaron z pudełka), niczym miodem na wygłodniałe muchy. Jak by nie patrzeć, fani futurystycznych produkcji nie mają lekko,  więc to łyknęli. Na krótko, bo obecnie oglądalność nie powala. W tym wypadku nie powinno to nikogo dziwić, bo nie ma w tej produkcji wielu elementów, które zadowolą nawet mało wybrednego widza.

Almost Human jest nie tylko proceduralem ale proceduralem na wskroś skostniałym. Tak bardzo typowym, że stacja FOX uznała za dobry pomysł całkowicie zignorować kolejność produkcji odcinków i wyemitowane zostały one w zgoła... przypadkowym porządku. Po pierwszym odcinku, który wprowadził dość ciekawą intrygę (ot, ukochana głównego bohatera okazuje się być zdrajczynią odpowiedzialną za utratę jego nogi i partnera),  wyemitowano odcinek szósty. Mimo formuły serialu polegającej na rozwiązywaniu sprawy tygodnia historia bardzo na tym ucierpiała.

Główny bohater, John Kennex (grany przez Karla Urbana) musi pracować z nietypowym partnerem. Jest nim android, który został wycofany ze służby ze względu na niestabilność emocjonalną. I to właśnie przemieszanie odcinków zaburza odbiór relacji między tymi dwoma. Nagle w drugim odcinku zachowują się już jak dobrzy kumple, mimo że Kennexa cechuje dość banalna dla gatunku s-f niechęć do robotów. Jakby tego było mało, kiedy w końcu wyemitowane zostały odcinki produkowane jako drugi i trzeci w kolejności, relacje między nimi znowu są oziębłe. Osoby odpowiedzialne za ten burdel powinny wylecieć z roboty. Oprócz tego w 9 odcinku (czyli drugim...) nagle pada informacja o tym, że wokół miasta zbudowany został potężny mur odgradzający je od świata. Wcześniej nie było o tym wspomniane ani słowem. Krótko: pomieszanie z poplątaniem.

Nie uświadczysz tutaj ani jednego ciekawego bohatera poza głównym duetem. Jeżeli marzysz o jakiejkolwiek dobrze napisanej postaci kobiecej - zapomnij czym prędzej.

Serial popełnia jeszcze jeden błąd. Mamy tutaj typową, ograną do bólu wizję przyszłości z technologią o tyleż efektowną, co nieefektywną. Wszystkie ekrany są niebieskie, telefony są wąskie, tablety przezroczyste. Nikt nie pomyślał o tym, żeby wprowadzone wynalazki były faktycznie przydatne, a nie tylko "dziwaczne, a więc z przyszłości".

Jedynymi plusami, które na siłę mógłbym wyszukać, może być całkiem niezły humor, opierający się głównie na wymianie docinków między Kennexem a jego partnerem-androidem oraz dobrą muzykę elektroniczną w soundtracku. Czasami poruszana jest też tematyka "filozoficzna", tj. twórcy starają się odpowiadać na pytania: czym android różni się od człowieka, co dzieje się z ich elektroniczną duszą po śmierci i tak dalej. Te odcinki wyróżniają się na plus z całości, ale jest ich zdecydowanie zbyt mało.

Czy warto więc oglądać ten serial? Tylko, jeżeli jesteś naprawdę wyposzczonym fanem s-f i nie masz nic lepszego do roboty. Gotuj się przy tym na morze nudy i tylko z rzadka niewielkie wysepki czegoś, co da się oglądać z zaciekawieniem.

środa, 12 lutego 2014

Her - Joaquin Phoenix

Her to jeden z najlepszych filmów nominowanych w tym roku do Oscarów. Mam jednak wrażenie, że jego popularność bierze się z tego, że nie każdy rozumie i dostrzega subtelny przekaz, jaki za sobą niesie. Czy to Kominek, czy to recenzenci Hataka, wszyscy rozpływają się nad tym, jak piękna jest miłość człowieka z maszyną. Tylko że nie o to tu chodzi.

Postać grana przez Joaquina Phoenixa jest everymanem. W uniwersum filmu nie jest nikim wyjątkowym - jego związek z jego OS-em jest pospolity. Można usłyszeć fragmenty rozmów innych osób i tu i ówdzie podsłuchane ploteczki o tym, kto to znowu nie zaczął romansować ze swoim komputerem itd. itp. Reżyser obrazu próbuje wygłosić komentarz na temat obecnego społeczeństwa Web 2.0.

Jesteśmy rozłączeni (disconnected).

Już dzisiaj coraz więcej relacji międzyludzkich rozpoczyna się od wysłania zaproszenia na Facebooku. Ludzie coraz mniej ze sobą się kontaktują bezpośrednio i to do tego stopnia, że w zasadzie niczym się to nie różni od zauroczenia Theodora swoim systemem operacyjnym. Brak umiejętności nawiązania więzi z innym człowiekiem jest powodem, dla którego ten romans zakwita.

Moim zdaniem celem reżysera nie było pokazanie jak piękna może być miłość bez granic. Otóż te granice są wielokrotnie pokazywane i podkreślane - Samantha (system operacyjny) źle się czuje bez ciała, próbuje cały czas znaleźć na tę ułomność remedium aż do momentu, w którym odkrywa, że posiadanie ciała to tak naprawdę ograniczenie. Theodore nie potrzebuje cielesnej postaci dla Samanthy, ponieważ on nie odnajduje spełnienia w kontaktach z drugim człowiekiem. Ale jak już mówiłem, nie jest on w tym poczuciu jedyny. Na swojej drodze przez miasto mija setki ludzi dokładnie takich jak on - zapatrzonych w wyświetlacze swoich urządzeń i rozmawiających ze swoim komputerem.

Wygląda znajomo, prawda? Dzisiaj wygląd chodników na całym świecie nie różni się zbytnio - tabuny bezimiennych wpatrzonych w wyświetlacze swoich komórek ze słuchawkami w uszach. Technologia stoi na przeszkodzie formowaniu relacji międzyludzkich - to jest przekaz, jaki można wyczytać z tego filmu. Znamienna jest ostatnia scena, w której Theodore siedzi na dachu z Amy (Amy Adams) - kilka minut wparetwania się w gwiazdy jest dla niego bardziej realne niż w zasadzie wszystko, co przeżył ze swoim OS, szczególnie od momentu, kiedy ten zaczął ewoluować. Co istotne, Theodore odkrywa na powrót znaczenie relacji z żywym człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zostaje mu odebrana (a w zasadzie sama odchodzi) technologia.

Być może bierze się to z tego właśnie, że dzisiaj tak wiele osób buduje swoje relacje międzyludzkie z pominięciem bezpośredniego kontaktu, że nie zauważają tych subetlności i odbierają ten film jako manifest "Miłość jest piękna niezależnie od granic".

Nie ma w tym filmie przekazu o tolerancji. Jest ostrzeżenie. Ale i tak nikt nie posłucha.

12:37, zamekblyskawiczny , Seriale/Filmy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lutego 2014

The Walking Dead - Michonne

AMC musi przestać z tym trendem na przerywanie serialu w połowie. Rozumiem ten zabieg marketingowy, mający na celu podsycanie zainteresowania widzów serialem przez dłuższy okres niż zwyczajowe kilkanaście tygodni, ale ja mam dosyć. Poraz kolejny powrót serialu po kilku miesiącach oczekiwania srogo rozczarowuje.

Kiedy w końcu scenarzyści postanowili zakończyć impas, jakim było odnalezienie bezpiecznej przystani w więzieniu (choć zrobili to niesamowicie tandetnie), była nadzieja na świeżość. Tak się jednak nie stało. Ile to już było odcinków ze scenami w stylu: wchodzimy do pierwszego lepszego pustego domu, zabijamy tam 1-2 zombie i szukamy jedzenia? Kilka co najmniej. Co ciekawe, bohaterowie nadal znajdują przydatne do spożycia płatki owsiane czy pudding w puszce mimo, że od początku apokalipsy minęły prawie dwa lata. Swoją drogą, Carla po zjedzeniu tej puszki puddingu musi czekać naprawdę solidna sraczka.

Koooooorl!

Carl zresztą nie przestaje irytować. Bo znowu, ileż razy już mieliśmy przed sobą sceny w stylu: Carl już nie jest dzieckiem, ale Rick wciąż go traktuje jak swojego małego synka, a ten próbuje mu udowodnić, że jest dorosły i twardy i udowadnia ale potem się okazuje, że jednak nadal jest jego synkiem i bez niego nie da rady? Zdaję sobie sprawę z tego, że w uniwersum zombie apokalipsy jest w zasadzie skończona liczba scenariuszy, które można odgrywać, co widać też po komiksie - Kirkmanowi naprawdę zaczyna brakować pomysłow i zjada własny ogon.

Serial nie przestaje także atakować scenami, które wywołują solidne pacnięcie się w czoło - zabawna scena, w której Carl próbuje wywabić Szwendacze sprzed domu, w którym się zatrzymał z ojcem musi zostać brutalnie przerwana przez kolejne zombie ninja, które zaskakuje bohatera od tyłu co niemalże kończy się jego zgonem. Zgonem, ktory przecież każdy rozgarnięty widz wie, że nie nastąpi.

Jakby tego było mało, uraczono nas żenującą sceną, w której Rick już niby jest zombie, bo sapie i jęczy. Chyba nawet mój kot nie dał się na to nabrać. Swoją drogą, czy ludzie żyjący w postapokaliptycznym uniwersum pełnym zombie nie powinni się nauczyc, że nawet w chorobie nie należy zachowywać się przy uzbrojonych ludziach jak zombie?

Przeszłość Michonne

Zostajemy uraczeni też sporą porcją scen z Michonne, które same w sobie nie wnoszą do fabuły w zasadzie nic. Tresuje sobie kolejne zombiaczki na smyczy (zastanawiające jest [a raczej żenujące], że według twórców po odcięciu rąk i szczęki Szwendaczom te automatycznie przestają cię ścigać), poczym targana wspomnieniami i zdegustowana widokiem swojego zombie-sobowtóra zabija je wszystkie.

Bardzo ciekawa jest natomiast krótka scena koszmaru, który nawiedza Michonne. Nie tylko jest to scena dobrze nakręcona (całkiem nieźle oddany surrealizm sennych mar), ale daje jakiś ogląd na to, kim jest czarnoskóry samuraj-kobieta. Jej (były) chłopak powinien był jednak zrobić test na ojcostwo, bo kolor skóry jej dziecka sugeruje, że raczej na pewno nie jestm nim żaden z panów ze snu.

Kula w łeb

Podsumowując tę krótką opinię (bo nie jest to oczywiście recenzja), muszę podkreślić jak bardzo zaskoczyła mnie wieść, że za scenariuszem do tego odcinka stoi sam Robert Kirkman - twórca uniwersum i komiksu The Walking Dead. Co jak co, ale po ojcu swojego dziecka można się było spodziewać nieco wyższej jakości historii. Co gorsza, za tydzień akcja przeskakuje do kolejnej grupki ocalałych, można się więc spodziewać kolejnej porcji tych samych scen (Daryl ustrzeliwuje wiewiórkę z kuszy, w lesie za drzewami czają się Szwendacze i wyskakują w najmniej [dla bohaterów i tylko dla nich] oczekiwanym momencie), Jak dobrze pójdzie, to może nawet kogoś ustrzelą, bo bodycount musi się zgadzać.

 

Tak całkiem na marginesie, postaram się tchnąć nieco życia w tego bloga i częściej raczyć was kolejnymi wpisami. Jeżeli ktokolwiek to czyta, oczywiście! Z czasem może przeniosę tego bloga na platformę, która nie wymaga logowania się, aby oddać komentarz, ale jeszcze nie wiem, na jaką. Jakieś propzycje?

poniedziałek, 03 lutego 2014

Brooklyn Nine-Nine

Raz na jakiś czas do telewizji trafia prawdziwy skarb. Jeszcze radziej zdarza się to telewizji ogólnodostępnej. Tym bardziej mnie zaskoczyło, gdy taki orzeszek w karmelu trafił się stacji Fox - znanej raczej z wypuszczania gniotów, które kasuje po jednym sezonie, czasami nawet zaledwie po kilku odcinkach. A tu takie zdziwienie!

Brooklyn Nine-Nine skupia się na perypetiach mundurowych i cywilnych pracowników tytułowego posterunku. W oczy od razu rzuca się duża dywersyfikacja etniczna wśród bohaterów. Nie jest to zabieg jakiś pod publiczkę, czy dyktowany poprawnością polityczną - różnorodność "kolorów" jest jak najbardziej zgodna z realiami. Co więcej, nie jest to typowe wciśnięcie murzyna do ekipy - każda postać ma tutaj własną osobość, poświęcony jest jej spory ułamek czasu antenowego w zasadzie każdym odcinku i każda postać niezmiennie śmieszy. Podkreślam to słowo, bo w wypadku komedii telewizyjnych wielu twórców chyba o tym zapomina (patrz ostatnie odcinki New Girl, które skupiają się raczej na dramie na linii Jess i Nick i usypianiu, niż śmieszeniu).

Głównym bohaterem jest zagrany przez Andy'ego Samberga Jack Peralta - ale niech was to nie zwiedzie. Jak już mówiłem, każdy bohater dostaje mnóstwo czasu ekranowego, przez co trudno w zasadzie mówić tutaj o głównym bohaterze. Zwłaszcza, że jest on postacią najmniej ciekawą i najbardziej jednowymiarową z całej obsady - choć to zaczyna się ostatnio zmieniać. Z całej obsady najbardziej błyszczą Terry Crews oraz Andre Braugher, którzy udowadniają, że są aktorami pierwszej kategorii. Zwłaszcza stalowa mina tego drugiego nie przestaje dostarczać salw śmiechu w najmniej oczekiwanych sytuajach. Andre Braugher wciela się w komendanta na posterunku, a Terry Crews w sierżanta, który się boryka z zespołem stresu pourazowego i ma awersję do broni oraz panicznie boi się powrotu do akcji - niesamowicie zabawnie zgrywa się to z jego potężną muskulaturą i jest źródłem wielu gagów.

Brooklyn Nine-Nine : BoyleJedna z najśmieszniejszych postaci w serialu - Boyle

Oprócz tego mamy jeszcze Amy Santiago - ambitną lizuskę, która rywalizuje z Peraltą o miano najlepszego policanta na posterunku (co samo z siebie w zasadzie nic nie znaczy), Nickiego Boyla, który jest typową fajtłapą o złotym sercu, Rosę - twardą babkę, która jednak skrywa pod spodem bardziej wrazliwe wnętrze oraz Ginę - asystentko-sekretarkę, której kąśliwe uwagi potrafią zbić z tropu każdego. Jest jeszcze kilka pomniejszych postaci, ale one nie zasługują na większy komentarz. Po prostu są i czasem śmiesza, ale z reguły żarty o nich grają na jednej nucie.

Nie jest to typowy sitcom, ponieważ nie ma tutaj śmiechu z puszki (i dzięki Bogu!). Wiele osób porówbuje ten serial do 13 posterunku i uważam te porównania za całkowicie chybione. W przeciwieństwie do polskiej produkcji, B-99 jest po prostu śmieszne, a humor stoi na naprawdę niezłym poziomie, bardzo rzadko uderzając w humor najniższych lotów, a to w polskiej produkcji było na porządku dziennym.

Z całego serca mogę ten serial polecić. Odcinki są krótkie, wyładowane gagami, pomysłow na rozsmieszanie nie brakuje. Jakby tego wam było mało, jakość serialu została potwierdzona przez jury, które przyznało tej produkcji aż dwa Złote Globy, co w przypadku serialu, który wyemitował dopiero 15 odcinków i rywalizował z takimi "gigantami" (celowo w cudzysłowie) jak The Big Bang Theory oraz Modern Family.

Ja pokochałem Brooklyn Nine-Nine od pierwszego odcinka, ale niektórzy twierdzą, że trzeba poczekać do odcinka 4 lub 5, wtedy na dobre się rozkręca.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31